|
"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona albo wątpisz że mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem co stylem życia..."
|
Już wkrótce możliwośćpobrania Thesaurus News w wersji do wydrukowania. |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Oto pierwszy rozdział książki "Cena Strachu", która już wkrótce będzie dostępna w sprzedaży.
|
Zamiast wstępu ...Los wie, co robi. Jest nawet skrupulatny. Tropikalny Tramp wcześniej czy później traci nogą w paszczy rekina; zaraża się trądem; wdziewa skafander i szuka diamentów pod sześcioma metrami wody, nie mogąc nawet liczyć na towarzysza czuwającego na powierzchni. Człowiek nie przypadkiem chwyta się takich zawodów. Ilu ludziom nic podobnego nie mogłoby się zdarzyć. Los wybiera sobie człowieka w kołysce... ...Śmierć nie zawsze zwycięża. Ale skoro się zjawi, słowo "stamtąd" odzyskuje swe znaczenie. Giną, rozpływają się ludzie i rzeczy "stamtąd": z przedtem. Zatrzaskują się za nimi drzwi. Wtedy, samoistnie, bez dekoracji -jeśli nawet są, nie mają znaczenia -zawiązuje się tragedia między człowiekiem a jego strachem. Człowiek ucieka ze swego więzienia, ale ciągnie za sobą swój strach, volens nolens; pięknie mówiąc: invitus invitam... Aby tę tragedię wyrazić, ci, co zostali trampami, odrzucili prawdziwe słowa: posługują się przekleństwem i bluźnierstwem. Odrzucili także myślenie, przestali interesować się własną duszą... ...Żyją w podzwrotnikowym słońcu, tuż przy ziemi, trywialnie i po męsku, jak w teatrze cieni. Zdarli z siebie fałszywą malowniczość pożyczanych uroków. Są oschli. Tak widzę poetykę płatnego ryzyka. Georges Arnaud Cena StrachuTak widzę poetykę każdego ryzyka. Taka jest poetyka odwagi. Taka jest też poetyka przygody.
Cena strachu, cena odwagi, cena przygody Czy Los wybrał mnie sobie w kołysce? Mam nadzieję. Mam nadzieję, że wybrał mnie do przeżywania Przygód. Dla mnie nie ma nic bardziej ekscytującego niż wpakować się w sytuację - zdawałoby się - bez wyjścia i jednak poradzić sobie. Mam taką starą dewizę, która sprawdza się za każdym razem: im gorzej, tym lepiej. Im trudniej, niebezpieczniej, tym większa Przygoda. Czy Przygoda może być narkotykiem? Dla mnie jest. Każde nowe wyzwanie, dla niektórych szalone i niemożliwe do zrealizowania, dla mnie jest dodatkowym dopingiem. A strach? Chyba niewiele osób wie o strachu tyle co ja. Strach towarzyszy mi od dawna. Cała sztuka polega na tym, żeby mu się nie poddać. Są różne poziomy strachu. Najgorszy to ten paraliżujący, odbierający nadzieję na ratunek. Z drugiej strony strach jest też zaworem bezpieczeństwa. Jest to ta cienka linia, którą obawiam się przekroczyć, bo wiem, że zza niej nie ma już powrotu. Ludzie często mówią o odwadze. Nadają sobie ordery "Za odwagę", gloryfikują innych, rozprawiają o bohaterstwie. Lecz co to jest odwaga? Czy można czuć odwagę? Czy odwaga nie jest po prostu przekroczonym pewnym poziomem strachu? Jaka jest cena odwagi? Nie wiem. Znam za to cenę strachu. Jest niewymierna. A jak z tą skrupulatnością losu? Też nie wiem. Liczę na swoje szczęście. Niejeden już raz, tylko dzięki szczęściu, udało mi się wrócić "znad krawędzi". Tutaj przypomina o sobie kolejna wyznawana przeze mnie zasada: jakoś to będzie. Po co martwić się na zapas? Afirmacja pozytywna! A zresztą, czy to ważne, jak długo się żyje? Czy nie istotniejsze jest to, jak się przejdzie przez życie? Ja wolę palić się pełnym płomieniem, nawet jeżeli to będzie trwało krótko, niż tlić się w nieskończoność i dogasać powoli. Ale każdy ma prawo do wyboru własnego stylu życia. Ja mam swój, dla wielu niezrozumiały, szalony, potępiany, a mimo wszystko gdzieś tam, w głębi serca, przez nich pożądany. Inni mają nowe, błyszczące samochody, mieszkania, domy, działki, telewizję, wideo, dyskotekę i dwa tygodnie wakacji z rodziną nad morzem lub w górach. Ja mam wiekowego, poobijanego Range Rovera, przedwojenny jacht, swoje wyprawy, nieodpartą żądzę przygód i... samotność. Przygoda jest zachłanną kochanką - nie znosi konkurencji. Można się w niej zadurzyć bez reszty. Wtedy wszystko inne schodzi na dalszy plan. Mieszkanie czy jego brak, zepsuta lodówka, cieknący kran, przepalona żarówka stają się pojęciami abstrakcyjnymi. Zastępują je takie słowa, jak mila, trasa, karimata, GPS, EPIRB, waypoint, dekompresja czy prędkość opadania. I czy można się dziwić, że żona czy dziewczyna nie znajduje wspólnego języka? Że jest się przeklinanym, bo zamiast planować świąteczne zakupy myśli się o tym, co będzie niezbędne na szlaku przez dżunglę? Mimo wszystko nie zamieniłbym tego swojego szalonego, trochę awanturniczego życia na codzienne osiem godzin w biurze, potem kufel piwa w pubie, nudny seks o 22.00 i marzenia o przygodach. Kolejna dewiza: podobno prawdziwy mężczyzna nie ogranicza się do marzeń - on je realizuje. Nie marzę jeszcze o ciepłych kapciach i wieczorach przy kominku. Nie dla mnie są pięciogwiazdkowe hotele z klimatyzacją. Ponad to wszystko przedkładam hamak i moskitierę z chmarą owadów dokoła, ognisko gdzieś w puszczy i ten niesamowity klimat Przygody. A że po powrocie ze szlaku jest się podobnym do obdartego kloszarda? Najważniejsze w końcu jest to, co pozostaje gdzieś tam we mnie. I choć bez grosza w kieszeni, jestem bogaty. Taka właśnie jest Cena Przygody. Właśnie to wszystko (i jeszcze parę innych powodów) sprawiło, że w lipcu 1998 roku znalazłem się właśnie tutaj, setki mil od brzegu, na pokładzie niewielkiego pontonu.
Moja droga na Atlantyk Ryk kolejnej fali nacierającej z furią od rufy zmusza do natychmiastowej reakcji. Szarpię za rumpel. Na szczęście ponton błyskawicznie reaguje na wychylenie steru. W ciągu sekundy jestem ustawiony prostopadle do białej, spienionej grzywy ogromnego "dziada". Potężne uderzenie wielu ton wody o pawęż pontonu wyrzuca "Cenę Strachu" jak z katapulty. Przyspieszenie jest tak duże, że żagle z trzaskiem składają się do tyłu. Gwałtowne pochylenie głowy ratuje mnie przed uderzeniem bomu, który tylko muska kaptur sztormiaka. Dokoła wiruje pył wodny podniesiony przez wiatr wiejący teraz dokładnie od rufy. Surfuję tak chyba ze sto metrów, zanim fala nie porzuci mnie, zostawiając na pastwę kolejnego grzywacza. Klęczę na dnie pontonu zwrócony twarzą do wiatru. Jedną ręką steruję, a drugą w tym samym czasie wybieram czerpakiem wodę. To już trzeci dzień tej szalonej żeglugi w sztormie o sile 8 - 9 stopni Beauforta. Trzeci dzień bez snu, bez chwili odpoczynku staram się utrzymać rufą do fal, wiatru i... pozostać na powierzchni Atlantyku. Trzecia doba walki o przetrwanie. Zapomniałem już o głodzie i pragnieniu. Jedynym marzeniem jest godzina snu, który pozwoliłby zregenerować siły. Cóż za ironia! Jeszcze nie tak dawno śniłem o tym, żeby być właśnie tutaj, na oceanie, próbując samotnie przepłynąć go na pontonie. Porwać się na wyczyn, który do tej pory udał się tylko jednemu człowiekowi na świecie, Francuzowi Alainowi Bombardowi, w 1952 roku... Wszystko zaczęło się chyba w 1995 roku, gdy siedząc w pociągu z Kędzierzyna-Koźla do Wrocławia, doszedłem do wniosku, że prowadzę zbyt monotonny, nudny tryb życia. A może jeszcze wcześniej? Przygoda zawsze była dla mnie na pierwszym miejscu. Gdyby ktoś podszedł do mnie na ulicy i powiedział: "Pakuj rzeczy, za godzinę spotykamy się na lotnisku", byłbym na miejscu przed czasem. No tak, tylko że nikt do mnie nie podszedł i nie zanosiło się na to, żeby taki cud zdarzył się w najbliższym czasie. Trzeba było wymyślić własny sposób na przygodę. I to na taką przez duże P. Najpierw miejsce. Ludzie wszędzie już byli i dokonali tak niezwykłych rzeczy, że nie miałem co marzyć o tym, że będę gdzieś pierwszy. Zdeptali wszystkie ścieżki w dżunglach, wspięli się na wszystkie szczyty, dotarli do największych głębin. Trzeba wymyślić sobie coś po prostu innego. I wtedy pomyślałem o Atlantyku. Siłą rzeczy nie ma tam zbyt wielkiego tłoku. Nie martwił mnie brak jakiegokolwiek doświadczenia w żeglowaniu. Takie drobiazgi nie mogą stanąć na drodze komuś naprawdę zdecydowanemu na wspaniałe, niezwykłe przeżycia. Ba! To gwarantowało jeszcze większą zabawę! Tak, ocean jest dobrym miejscem na Przygodę. Tylko żeby przygoda była Przygodą, trzeba rzucić jej oryginalne wyzwanie. Jachtem przez Atlantyk? Zbyt banalne. Co roku tysiące jachtów przepływają Atlantyk wzdłuż i wszerz. Szalupą przez Atlantyk? To już brzmi lepiej! No tak, ale przede mną była już "Chatka Puchatków", był Pałkiewicz na "Paty", była też sosnowa tratwa. Wszystkie te pływadła z Polski. A ilu śmiałków z innych krajów dokonało podobnego wyczynu, czasami z własnej woli, a czasami zmuszonych do tego przez okoliczności? Sir Chay Blyth i John Ridgway. Fairfax. Thor Heyerdahl. Nazwiska będące już legendą zmagań z Atlantykiem. Cholera! Pozostaje mi tylko nadmuchiwany materac! Zaraz, zaraz, może materac to lekka przesada, ale ponton...? To było TO. Pontonem przez Atlantyk. Nawet nieźle brzmi. Pontonem na silniku? Na wiosłach? Na żaglach? Pierwszy wariant odpadał ze względu na ilość paliwa, jaka byłaby potrzebna na pokonanie co najmniej 2500 mil morskich. Gdzie to pomieścić na cztero- czy pięciometrowym pontonie. Na oceanie nie ma przecież stacji benzynowych i raczej nie można liczyć na to, że ktoś mnie podholuje, jeśli zabraknie paliwa. Jeszcze woda, jedzenie, wyposażenie ratunkowe, ubrania... Więc wiosła. Lepiej. Tylko że wiosła mająjeden wielki minus. Wiosłując przez Atlantyk, można się cholernie zmęczyć. Już samo myślenie o tym wydaje się męczące. A zatem żagiel. Wiatr wieje za darmo i prawie przez cały czas. Jak się odpowiednio ustawi żagle, można sobie spać, a łódka płynie sama. Tak, to najlepsze rozwiązanie. Dobrze, że udało mi sieje znaleźć, bo pociąg właśnie wtaczał się na peron dworca Wrocław Główny. Minęły jednak kolejne dwa lata (wypełnione mniejszymi podróżami i związanymi z nimi przygodami), zanim mogłem powrócić do mojego nieco zwariowanego "sposobu na Przygodę". Siedząc przy biurku w posępnym, całkowicie wypranym z romantyki biurze na dziesiątym piętrze wieżowca w centrum Warszawy, tęskniłem do zapachu dzikiej puszczy, krzyku ptaków, smrodu własnego spoconego ciała i bólu naprężonych z wysiłku mięśni. Ramiona otarte od przeładowanego plecaka czy spalony słońcem kark były teraz nic nieznaczącym drobiazgiem. Boże! Jakże teraz do tego ciągnęło! Dobra, a raczej dobrze płatna praca i służbowy samochód nie mogły wygrać z żądzą przygód. Myśli cały czas krążyły wokół miejsc jakże odległych i, wydawałoby się, nieosiągalnych. Bezwiednie sięgnąłem po kalendarz Na wnętrzu okładki pyszniła się kolorowa mapa świata. Cały środek zajmowała błękitna plama - Atlantyk. Ileż przygód i legend wiązało się z tą nazwą! I nagle olśnienie! Przecież ja już mam swój sposób na przygodę! Świat nabrał barw. Nawet hałas na skrzyżowaniu alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej przestał przeszkadzać. Ja już słyszałem w uszach szum atlantyckich fal. Po sporządzeniu preliminarza wyprawy wiedziałem, że sam nie jestem w stanie sfinansować kosztów całego przedsięwzięcia. Musiałem znaleźć sponsorów. Kiedyś Jacek Pałkiewicz powiedział mi, od czego powinno się zacząć organizację wyprawy - od znalezienia patrona medialnego. Miałem nadzieję, że tak zwariowany pomysł, jak przepłynięcie pontonem Atlantyku , zainteresuje dziennikarzy. Tylko od kogo zacząć? Od najlepszych! Pierw sze kroki skierowałem do redakcji... "Playboya". Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Uzbrojony w oficjalny list potwierdzający, że "Playboy" patronuje wyprawie "Pontonem przez Atlantyk", skontaktowałem się następnie z RMF FM. I znowu sukces! Wchodzą w to! Pozostawała jeszcze telewizja . Tutaj jednak nie poszło już tak łatwo. (Dopiero w dniu wodowanie pontonu Teleexpres zaproponował współpracę, a na parę dni przed wyjazdem z Polski prywatny producent zdecydował się nakręcić film o wyprawie ). Spróbowałem też szczęścia w polskim oddziale prestiżowego The Explorers Club - klubu zrzeszającego największych odkrywców i podróżników. Adres do sekretarza, Moniki Rogozińskiej, dostałem od przyjaciela - Zbigniewa Święcha, pisarza, który do klubu przyjęty został za odkrycie przyczyny śmierci badaczy grobów Kazimierza Jagiellończyka oraz Tutenhamona (rewelacje przedstawione w serii książek Klątwy, mikroby i uczeni). Na jej adres przesłałem wszystkie informacje dotyczące wyprawy. Żeglarze - członkowie The Explorers Club, mieli wydać opinię na temat możliwości realizacji wyprawy. Poparcie Klubu Odkrywców niewątpliwie pomogłoby w znalezieniu sponsorów, dlatego też z niecierpliwością czekałem na odpowiedź. Nie nadchodziła. Wreszcie zdecydowałem się zadzwonić do Moniki Rogozińskiej. "Panie Arku" - usłyszałem - "mam dla pana złą wiadomość. Pana wyprawa jest niemożliwa do zrealizowania". Przyjąłem to spokojnie. OK. Nie będzie poparcia klubu. A szkoda. Później zrozumiałem, dlaczego wszyscy żeglarze uważali mnie za wariata i profana. Mając w kieszeni listy od patronów, mogłem wyruszyć na poszukiwania sponsorów. Najważniejszy był oczywiście ponton. Musiał mieć sztywne dno (z uwagi na maszt), długość około 5-6 metrów i sztywną pawęż, żeby było na czym zawiesić ster. Najpierw skontaktowałem się z Delfą z Grudziądza (firma powstała w miejsce Stomilu, od lat produkującego pontony i tratwy ratunkowe). Niestety, jak się dowiedziałem, ich największy ponton, Marines, który w zasadzie spełniał moje wymagania, mogę pooglądać sobie tylko na obrazku. No chyba że go zamówię, wtedy będę mógł zobaczyć go w naturze. Tak więc poprosiłem o przesłanie mi rzeczonych obrazków i szukałem dalej. Przypomniałem sobie, że kiedyś w basenie jachtowym w Gdyni widziałem zielony ponton ze sztywnym, plastikowym dnem. Na jego burcie widniał napis Sportis. Tylko gdzie się ta firma znajduje? Jak ją znaleźć? Czy to w ogóle jest w Polsce? I tutaj przyszedł mi z pomocą przyjaciel z harcerstwa, Arek "Zubek" Bojarun. Rozmawiał o mojej wyprawie z Komendantem Centrum Wychowania Morskiego ZHP, Waldkiem Mieczkowskim, który wspomniał o firmie sponsorującej pontony na "Zawiszę Czarnego" - o... Sportisie! Dzięki poparciu harcerzy skontaktowany zostałem z Ludwikiem Vogtem, wówczas szefem marketingu Sportisu. Skierował mnie najpierw do ich warszawskiego przedstawicielstwa, gdzie mogłem zobaczyć foldery przedstawiające wyroby firmy. Tam właśnie po raz pierwszy zobaczyłem ŁR6, na razie również jedynie na obrazku. Łódź Ratunkowa 6-osobowa. Nie zwykła łódź, lecz ponton z plastikowym dnem. Ponton mający certyfikaty Polskiego Rejestru Statków, Buerau Veritas itd., przeznaczony do żeglugi w najgorszych warunkach pogodowych. Coś w sam raz dla mnie! W kilka dni później byłem w Bojanie koło Gdyni, gdzie mogłem w naturze zobaczyć ŁR-kę. Bez dwóch zdań był to najbardziej bojowo wyglądający ponton, jaki do tej pory widziałem. Pomarańczowy nadmuchiwany kadłub przyklejony do laminatowego dna o przekroju w kształcie litery V. Na burtach drabinki z taśm ułatwiające wejście do pontonu, specjalna taśma do stawiania ustrojstwa w razie wywrotki oraz uchwyty do przenoszenia łodzi i gruba lina pozwalająca rozbitkom na utrzymywanie się przy burcie nawet przy wysokiej fali. Od wewnątrz przyklejone bryzgoszczelne kieszenie na ekwipunek. Wzdłuż obu burt u samej góry biegły dwa niskie falochrony z przewleczoną linką - do trzymania się w pontonie podczas złej pogody. Na zewnątrz wokół całego kadłuba przyklejony został pas szerokiej, profilowanej gumy, chroniący ponton podczas dobijania do burty statku lub do nabrzeża. Kadłub podzielono na pięć niezależnych komór. Każdą z nich wyposażono w automatyczny zawór nadmiarowy, będący jednocześnie zaworem służącym do nadmuchiwania łodzi. Plastikowe dno z przyklejoną podłogą leżącą na specjalnych wzmocnieniach pełniło rolę dodatkowej komory. Do solidnej pawęży, przystosowanej do zawieszenia 30-konnego silnika, przymocowany został trapezowy maszt z oświetleniem nawigacyjnym i reflektorem radarowym. Na pawęży i w dnie pontonu, w jego dziobowej części, przymocowano specjalne uchwyty do podnoszenia łodzi linami. Wokół kadłuba przyklejono szerokie paski taśmy odblaskowej. Dla załogi przewidziano miejsca na trzech szerokich ławkach. Środkowa była zarazem siedzeniem dla wioślarzy (sytuacja awaryjna). Wiosła umocowane zostały na razie przy dnie pontonu, skąd łatwo można było je wyciągnąć i włożyć w dulki na burtach. Patrząc na sylwetkę pontonu z wysoko wzniesionym dziobem, od razu czuło się do niego zaufanie. Eugeniusz Cinicki, szef działu produkcji łodzi, oprowadzając mnie po zakładzie, zapytał, jakie zmiany byłyby potrzebne w konstrukcji pontonu, żeby przystosować go do moich wymagań. Cholera, przecież nie jestem nawet żeglarzem, co tu dopiero mówić o konstrukcji. Starałem się jednak stworzyć jak najlepsze wrażenie. Na szczęście byłem świeżo po lekturze książki "Dobrowolny rozbitek" Bombarda i mniej więcej wiedziałem, o czym mówię. Przede wszystkim potrzebowałem masztu, należało więc wykonać okucie jego pięty w dnie pontonu oraz mocowanie nieco wyżej, na przykład do ławki. Następnie trzeba było pomyśleć o mieczu, żeby zapobiec dryfowi. Tutaj należałoby wykonać skrzynkę mieczową i wlaminować ją w dno pontonu lub zainstalować dwa miecze boczne (takie rozwiązanie zastosowane zostało na "Heretyku" Bombarda). Ponadto potrzebny był ster mocowany do pawęży, zamiast silnika, i uchwyty w dnie pontonu do przywiązania worków z wyposażeniem, prowiantem ubraniami i wodą. Ludwik Vogt po zapoznaniu się z listą moich propozycji zmian w konstrukcji pontonu poprosił o skontaktowanie się z nim za dwa tygodnie. W tym czasie podjęta zostanie decyzja, czy Sportis będzie w stanie podjąć się produkcji łodzi dla mnie. Przez te dwa tygodnie z niecierpliwości wychodziłem ze skóry. Czy firma będzie zainteresowana moim projektem? Ryzyko jest przecież ogromne. Do tej pory przez Atlantyk przepłynął tylko jeden ponton, Zodiac Bombarda. Teraz Zodiac jest najbardziej liczącym się w świecie producentem nadmuchiwanych łodzi i tratw ratunkowych. Z drugiej strony właśnie dlatego, że tylko Zodiac potrafił zbudować taki ponton, warto było podjąć wyzwanie. Powodzenie wyprawy stawiałoby Sportis w jednym szeregu z najbardziej znaną firmą w branży na świecie. Tak mi się w każdym razie wydawało. Tymczasem od przyjaciela, Piotrka Bernabiuka, dziennikarza "Żołnierza Polskiego", otrzymałem adres Lyovitu -jedynej w Polsce firmy produkującej liofilizaty. Cóż to takiego? Po prostu specjalnie spreparowane jedzenie. Jak to Piotrek kiedyś wyjaśnił, przygotowanie takiego jedzenia wygląda mniej-więcej w następujący sposób. Najpierw prosisz babcię, żeby ugotowała twoją ulubioną zupkę. Z garnkiem pod pachą drałujesz do Lyovitu, gdzie zupkę zamrażają (w temperaturze około - 40°C). Potem zupka jest podgrzewana w komorze próżniowej, gdzie wilgoć - obecnie mająca postać lodu - sublimuje, czyli z pominięciem fazy ciekłej zamienia się w gaz. I oto zupka już już zliofilizowana. Teraz hermetycznie zamknięta czeka na moment, gdy zechcesz ją zjeść. A czekać może długo. Rok, dwa. I nic w tym czasie nie traci ze swoich wartości odżywczych. Do jej przechowywania nie potrzebujesz lodówki ani zamrażarki. Aż wreszcie nadchodzi głód. Przypomina ci się, że gdzieś tam, na dnie plecaka lub szafki leży zupa babuni. Ślinka cieknie na wspomnienie o wybornym smaku. Niecierpliwe pazury rozrywają hermetyczne opakowanie i zawartość wsypujesz do podgrzanej wcześniej wody. Po paru minutach zupka jest gotowa. Pachnie i smakuje równie dobrze, jak przed paru laty. Jeżeli chcesz mieć zupkę gorącą, wrzucasz ją do gorącej wody, ciepłą - do ciepłej, a zimną - do zimnej. Proste. Ba! Czasami, gdy zmuszą do tego okoliczności, możesz pożreć zupkę na sucho (wypróbowałem, o czym będzie później). Można liofilizować nie tylko zupki. Kotleciki - proszę bardzo! Suróweczka? Też się zrobi. Można liofilizować owoce, mięso, warzywa, i to zarówno wcześniej przyrządzone w wymyślny sposób, jak i surowe. Potem wystarczy dodać trochę wody i spałaszować. Co więcej, zliofilizowane pożywienie waży kilkakrotnie mniej niż jego naturalny odpowiednik (że też wody nie da się zliofilizować!). Coś w sam raz na wyprawy? Zgadza się. Dlatego właśnie Lyovit przygotowywał jedzenie dla Marka Kamińskiego (zdobywcy obydwu biegunów), jak też sponsorował Krzysztofa Wielickiego - himalaistę, który stanął na szczycie wszystkich czternastu ośmiotysięczników. Czy zdecydują się pomóc i mnie? Wielicki i Kamiński to znani podróżnicy. A kto słyszał o takim Pawełku? Z duszą na ramieniu wykręcam kielecki numer telefonu Lyovitu. Odbiera sekretarka. Proszę o połączenie z właścicielem firmy, Jerzym Godkiem. Po chwili okazuje się, że znowu tak zwariowany pomysł, jak żegluga pontonem przez Atlantyk zaraził kolejną osobę. Jadłospis mam przesłać do Leszka Pobochy, prawej ręki Pana Godka. Hurra!!!!!! Mam koryto na wyprawę. Na dzień przed zaplanowaną konferencją prasową dzwonię do Bojana. Chwila niepewności, zanim uda się połączyć z Ludwikiem Vogtem. "Panie Arku, wchodzimy w to. Proszę przyjechać do Gdyni, musimy ustalić szczegóły". Gdyby nie to, że akurat siedzę w samochodzie, wykonałbym dziki taniec radości. Dobra passa trwa Następnego dnia garstce dziennikarzy, którzy przyjechali do Harcerskiego Ośrodka Wodnego nad Wisłą, w Warszawie, przedstawiam projekt wyprawy. Niektórzy traktują mnie jak świra, inni sądzą, że szukam chwilowego rozgłosu. Niewielu bierze mnie poważnie. Mimo wszystko parę dni później w kilku gazetach ukazują się artykuły poświęcone wyprawie. Podczas kolejnej wizyty w Bojanie poznałem Jacka Centkowskiego, konstruktora, któremu mój ponton zawdzięcza najciekawsze rozwiązania przystosowujące go do transatlantyckiej żeglugi. Najpierw próbował przekonać mnie do tego, że tak ryzykowna wyprawa nie ma szans powodzenia. Odpowiedziałem, że podobne zdanie wyraził The Explorers Club, co nie zmienia faktu, że Bombard w 1952 roku przepłynął Atlantyk właśnie na pontonie. W dodatku facet żywił się tylko planktonem i rybami, a pił wodę morską i deszczówkę. W porównaniu z jego wyprawą moja będzie wycieczką w luksusowych warunkach. Mimo wszystko nie przekonało to rozważnego konstruktora - na koniec długiej rozmowy oświadczył, że on nie przyłoży ręki do tego szaleństwa. Nie mógłby spokojnie spać, wiedząc, że jest współautorem samobójczej wyprawy. W tym momencie przyszedł mi z pomocą Ludwik Vogt. "Słuchaj, Jacek, ty masz tylko powiedzieć, gdzie mamy wlaminować skrzynkę mieczową i jak zamocować maszt. O resztę się nie martw". Konstruktor próbował jeszcze bronić swoich pozycji, ale pod naporem trzech osób (dzielnie wspomagał nas Eugeniusz Cinicki) wreszcie wywiesił białą flagę. Rysunki pontonu ma w pracowni. Zobaczy, co będzie mógł zrobić. Uff! Udało się skaptować jednego z najlepszych w świecie konstruktorów małych łodzi żaglowych! Z jego pomocą ponton na pewno będzie w stanie przepłynąć Atlantyk. Tylko jedna myśl nie dawała mi spokoju: ile to wszystko może kosztować? Nie poruszaliśmy najważniejszej sprawy - kto zapłaci za ponton? Czy trzeba będzie szukać sponsora, który wyłoży gotówkę? No i ile kosztuje "skrojenie pontonu na miarę"? Dręczony tymi pytaniami udałem się z Vogtem do jego biura. "Panie Arku, otrzyma pan od nas w pełni wyposażony ponton. Z masztem, żaglami, sterem. Na kiedy ma być gotowy?". Zanim znalazłem się wreszcie na Atlantyku, od tego momentu minął dokładnie rok. Dwanaście miesięcy wypełnionych wytężoną pracą nad zorganizowaniem wyprawy. Czasami już wydawało się, że wszystko weźmie w łeb. Na szczęście do pomysłu przepłynięcia oceanu pontonem zdołałem przekonać jeszcze kilka osób, które w najtrudniejszych chwilach wyciągały pomocną dłoń. W międzyczasie stałem się "kawalerem z odzysku". Żona po prostu miała dość moich szaleństw. Doszliśmy do wniosku, że lepiej pójść własnymi ścieżkami, póki jeszcze jesteśmy przyjaciółmi, niż czekać, aż wszystko się popsuje. W lutym 1998 roku okazało się, że do dopięcia wyprawy na ostatni guzik brakuje jednak trochę gotówki. Pomoc przyszła z najmniej spodziewanej strony - z Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki. Pomysł pokonania Atlantyku gumowcem wydał się komuś tam na tyle interesujący, że UKFiT postanowił mnie wspomóc. Organizacja wyprawy znowu ruszyła naprzód. 20 maja w Pucku nastąpiło wreszcie wodowanie mojej łódki. Nie obyło się oczywiście bez chrztu. Matką chrzestną została Magda Kasprzak, córka ówczesnego prezesa Sportisu. Oby tylko na dobrą wróżbę. Po wypowiedzeniu tradycyjnej formułki szampan rozbija się o maszt. Białe litery przyklejone do gumy układają się w napis "Cena Strachu". Czy ta łódeczka zyska taką sławę jak "Opty" Teligi albo "Polonez" Baranowskiego? Czas pokaże. Ze swojej strony zrobię wszystko, żeby nie przynieść wstydu polskim żeglarzom i biało-czerwonej banderze powiewającej na rufie w podmuchach silnego wiatru. Kolejne spotkanie z mediami. Prawie po roku od pierwszej "konferencji prasowej" dziennikarze mogli ocenić, czy moje poprzednie oświadczenie było tylko czczą gadaniną. Oczywiście znalazło się parę osób, które nadal twierdziły, że zależy mi tylko na rozgłosie. Fachowcy orzekli, że jeśli nawet uda mi się wypłynąć na ocean, to i tak po trzech dniach trzeba będzie wyciągnąć mnie z wody. Niektórzy wykazali się mniejszym optymizmem, zakładając się, że nie zdołam nawet dopłynąć z Pucka na Hel! Jakże przypominało to wyprawę Bombarda! Jego traktowano podobnie. Czyżby mentalność ludzi nie zmieniła się przez tych kilkadziesiąt lat dzielących nasze wyprawy? 20 czerwca 1998 roku. Ponton już spakowany na przyczepę. Jedzenie, elektronika, ubrania, mapy - wszystko upchnięte w obklejonym napisami (a niech świat dowie się o tej mojej przeklętej pasji przygód!) Range Roverze. Nie mam złudzeń. Być może ostatni już raz żegnam się z przyjaciółmi i rodziną. Znów stoję na krawędzi. Spoglądam w dół przepaści. Jej dno niknie w mroku nieznanego... Strach. Czy właśnie taka jest jego Cena? |