"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona albo wątpisz że mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem co stylem życia..."
- Howard Jennings

Już wkrótce możliwość
pobrania
Thesaurus News
w wersji do wydrukowania.
Czarna Mamba
Krzysztof Tomaszewski


Prawie obudzony przecinam błądzącym cieniem dłoni jazgot polifonicznego koguta, nad którym ciąży brzemię kastracji z przeszłości, a którego duma i wyimaginowany harem kur tworzą niespotykany ciąg przypadków, które w swym łańcuchowym następstwie czynią "komórkę" równie dokuczliwą na dnia wstępie, co niezbędną w jego przepoczwarzaniu się w każdej kolejnej godzinie. Wymuszony poranek w środku nocy przyczynił się do aborcji snu niedorozwiniętego. Powoli godzę się, by realny ból powiek przyćmił moje narkotyczne kochanki niezdobyte, których krągłości ulatują z kolejnym łykiem kawy. Przez chwilę łudzę się, że zegar postanowił zrobić sobie przerwę w okolicach godziny piątej i poszedł balować w miasto. Ja to jednak posrany jestem i tak trwam w tym przeświadczeniu zawieszony między kuchnią a sypialnią. Trwam i patrzę w tym trwaniu. Patrzę i wierzę w to coraz bardziej. Koniec kawy rekompensuję sobie przelotnym spojrzeniem w stronę okna. Jest i ona "Czarna Mamba" ma ze stajni Whites Electronics, która wodzi mnie na pokuszenie między drzew pniami i pól doskonałościami niekończących się przestrzeni. Więc ten dzień znów spędzimy razem. Pierwsze tego dnia szklanego oka ujęcie, zaklęte w rozdzielczości i nastawach automatycznie narzuconych przez uniwersalny program aparatu będący wyżyną moich umiejętności fotograficznych, kieruję ponad horyzont wrocławskich przedmieści. Prawo zajęcia planu pierwszego przypadło tym razem temu, co na niebiańskim pokładzie króluje jeszcze o tej porze - "Łyskowi" w pełni. Pełen nadziei i pustych kieszeni ruszyłem w ciemność, by zdjęciu księżyca legendę odpowiednią dopisać. Dzień raczej zwyczajny, taki boży, ni to święty, ni powszedni rześkim powitał mnie spojrzeniem prawie porannego już wiatru. Otulony aurą entuzjazmu ruszyłem przed siebie tam, gdzie w towarzystwie drzew i samotności kroków pamięć ma ulotna odda się całkowicie zapomnieniu tego, co za plecami, a do czego z taką tęsknotą wracać mi przyjdzie za czas jakiś. Zatem przygodo, młodości mej formalino, nadchodzę, by z nory najgłębszej nawet tej z tabliczką "nie przeszkadzać", wytargać Cię za członki na świata łono, by przy grze porannego światła smakować twoje tajemnice. Pełen nadziei dojechałem do lasu okalającego od północnej strony wydzierające naturze coraz to nowe przestrzenie macki miasta mego, które nawet w najśmielszych wizjach lokalnego "Romulusa" nie obejmowało takich rozmiarów. Wrocławiu wiele imion Ci nadano w przeszłości, wiele cór i synów budowniczych wieży Babel dane Ci było gościć na swej ziemi, która przez lata chłonęła ich dorobek, bym mógł teraz z jego promila, który wykopać mi przyjdzie, wyczytać ich dzieje. Obciążony bagażem doświadczeń z przeszłych wizyt w tym lesie opróżniłem z plecaka zestaw rozruchowy na poronną rosę. Moja trzyczęściowa bestia pięknie wkomponowała się w mnogość barw leśnej ściółki. Uwielbiam ten czas, kiedy prolog zaczyna gasnąć a akcja jeszcze tempa nie nabrała odpowiedniego. Rozkoszuje się składaniem, dokręcaniem, zaskakuję sam siebie coraz to odważniejszymi nastawami i programami. Zaczynam czuć jedność z wykrywaczem, pozwalam zapuszczać się swym receptorom po najdalsze jego sondy krągłości. Jam jest Robo, który wyzwoli historii czas tej ziemi. Obłęd w oczach pozwala zapomnieć o niewygodach porannego wstawania, o innych możliwościach czasu spędzania. Nie wspinam się po drabinie miejskiego życia, nie osiągam celów naznaczonych ilością krawatów i koszul z kołnierzykiem śnieżnym. Wybrałem naturę i przeszłość, która przemawia do mnie lekkim, czasami stanowczym sygnałem w słuchawkach. Wreszcie wolny po całym tygodniu pracy w kieracie ruszam, niczym intruz w zwierzęcy świat, prosić o bezterminowy karnet wstępu w jego knieje. Mija godzina, może nawet dwie, lekko wypełnione kieszenie trzymają mnie przy ziemi mimo, iż nieustający orgazm, jakiego doświadczam, daleko ponad koronami pozwala unosić się mym zmysłom. Mijam kolejne drzewa mi znane z imienia i papilarnie poplątanych konarów. Z każdą kolejną chwilą poznaję nowe, dotykam ich północnej szaty odciskając w zielonym nalocie tropiciela pieczęć. Schylam się po kolejne sygnałów następstwa z pięknie widocznymi biciami. Rozkoszuję się plątaniną wydobywanych dat z oznaczeń typowych dla mauserowskich łusek. Przystaję na dłużej w miejscu, gdzie wielość wykrywacza wskazań zagęszcza akcję, rozglądam się na przestrzał między drzewami, rwanym spojrzeniem dotykam kształtów z epoki zbliżających się od wschodu, gdzie wyzwolenia woń roku '45 już dawno opanowała dominujące dotychczas morowe panowanie śmierci. Strzał, jeszcze jeden, kolejny. Obraz kochanej osoby, dzieci, bliskich. Ostatnie tchnienie, narkotyczne organizmu od bólu wyzwolenie. To tylko moja wyobraźnia wybujała przedstawienie dla jednego widza napisała. Zabieram ze sobą kolejne dowody tragicznych wydarzeń, jakich świadkami były wyrosłe dęby i czuję więź, jaka mnie łączy z ich głównymi bohaterami. Jestem szczęśliwy, przypisuje sobie rolę żywego pomnika na tym wysypisku wspomnień, głaszcząc raz jeszcze metalu kawałki nieliczne, zapalam świeczkę nie zapaloną. Nie dane mi było wrócić z polowania przy triumfalnym ryku rogów myśliwskich na tarczy. Moja tajemnica leży jeszcze zaklęta gdzieś tam między drzewami i czeka na swe uwolnienie, by dopełnić równowagi dla Pandory brzemienia. Zmęczony, lekko przemoknięty i wyziębiony, wracam szczęśliwy z kopania kolejnego jakże udanego, bo spędzonego tutaj, gdzie przeszłość na nowo przywraca mnie teraźniejszemu życiu. Moje leśne katharzis dało mi radość, którą przeleje na najbliższe mi osoby. Moje antidotum na codzienności bolączki czynią ten wyjazd najszczęśliwszym ze wszystkich tylko dlatego, że jest on ostatnim i dzielnie odstąpi swych monarszych przywilejów temu, co po nim bezpośrednio nastąpi. Czekam niecierpliwie i dziękuje Bogu, jak i innym astralnym jego odpowiednikom, na czele których Ra świetlisty stoi, że życie obdarowało mnie szczęściem nie zadręczania się wyborami między czasem poświęconym kopaniu a rodzinie. Agata, Julka kocham Was za to i nie tylko.



P.S. Tekst ukazał się po raz pierwszy na forum Scrapmetalhunters




Powrót do spisu treści.




Copyright © by Thesaurus News 2007.
All Rights reserved ®