"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona albo wątpisz że mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem co stylem życia..."
- Howard Jennings

Już wkrótce możliwość
pobrania
Thesaurus News
w wersji do wydrukowania.
ŁOWCA SKARBÓW 1
Robin Moore i Howard Jennings


Dla naszych córek, Lynn i Margo.
Obaj wyrażamy wdzięczność dla naszego wieloletniego
przyjaciela Ala Dempseya. Al był naszą ostoją w Miami
dokąd zawsze mogliśmy się udać po pomoc, która była bezcenna
podczas powstawania tej książki.


JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO

Howard Jennings jest moim przyjacielem. Cenię go za to , kim jest i co sobą reprezentuje. Nie trudno jest znaleźć powody by polubić Howarda. Jest czarujący, na luzie, inteligentny i wesoły. Podziwiam jego uprzejmość i zniewalający styl bycia w kontaktach z kobietami. Jeszcze bardziej podziwiam jego męskość, prawość i odwagę. Jest świetnym facetem, z którym można się napić i rewelacyjnym kompanem ,którego dobrze mieć przy sobie w razie zagrożenia.

Ale nade wszystko lubię go i zazdroszczę za to, że zrobił tyle rzeczy, które sam miałbym ochotę zrobić. Wszyscy mamy nasze prywatne marzenia wolności i przygody, marzenia, które ignorujemy albo raczej nie dopuszczamy ich do siebie ze względu na otaczającą nas rzeczywistość - kolejna rata pożyczki, następny awans czy też tak jak w moim przypadku, kolejna książka. Howard, w sposób dosłowny, realizował moje marzenia - pozwalając mi okazjonalnie brać udział w swoich przygodach tylko po to by udowodnić , że te marzenia nie były mrzonkami. Za to jestem mu winien nie tylko moją sympatię, ale także moją wdzięczność.

Howarda poznałem na Jamajce, dokąd obaj uciekliśmy, by odpocząć od zgiełku świata biznesu. Było to w roku 1960, przed inwazją turystów. Przybyłem do San Antonio z zamiarem osiedlenia się i poświęcenia się pisaniu, zostawiwszy wcześniej moją pracę w dziale PR dla sieci hoteli Sheraton. Rok wcześniej, swoją pracę dla firmy z Tulsa, wydobywającej ropę, zostawił Howard. Gdy się spotkaliśmy był właśnie zajęty organizowaniem Jamaica Air Service, pierwszej komercyjnej linii lotniczej z regularnymi lotami wewnątrz Jamajki. Mieliśmy sporo podobnych zainteresowań, jak samoloty i kobiety i przez najbliższe kilka lat mieliśmy spędzić ze sobą wiele godnych zapamiętania wieczorów.

Jak zobaczycie w następnych rozdziałach, byłem zaangażowany w pierwsze eskapady Howarda, gdy poszukiwał on skarbów, a także w kilka późniejszych. Nasza pierwsza "ekspedycja" była właściwie pijacką przygodą, bardziej przypominającą zwariowana komedię, ale dla Howarda był to początek nowego życia, które miało go zabrać w jedne z najdziwniejszych i najbardziej oddalonych od cywilizacji miejsc. Przez następne trzynaście lat spotykaliśmy się często i wreszcie w styczniu 1973 w Londynie, dowiedziałem się, że Howard jest zainteresowany spisaniem swoich wspomnień.

Jako pisarz, nie byłem w stanie oprzeć się jego historii. Ponieważ znałem Howarda od początku jego kariery jako poszukiwacza skarbów, ustaliliśmy, że będziemy się dzielić opowieścią, ja opiszę te przygody, w których brałem udział a Howard napisze o swoich poszukiwaniach beze mnie. Ze względu na naszych starych przyjaciół i wrogów musieliśmy zmienić wiele nazwisk i aby utrzymać nasz styl zamiennych opowieści zmieniliśmy odrobinę porządek chronologiczny. Oprócz tych korekt wszystkie opisane w tej książce zdarzenia są absolutnie prawdziwe. Pozwoliłem sobie na korektę części, w których głos zabiera Howard, gdyż żaden pisarz nie może zostawić jakiegokolwiek tekstu bez poprawek, ale w zdecydowanej większości wypowiedzi Howarda to autentyczne wypowiedzi Howarda Jenningsa a wypowiedzi Robina to po prostu głos pisarza, który nie mógł pozostać z boku historii, która go dotyczyła i w której brał udział, osobisty lub czasem śledząc ją w swojej wyobraźni.

Myślę, iż zgodzicie się ze mną,że Howard Jennings to niezwykle wyjątkowy człowiek, który w swoim życiu przeżył więcej niż marzy większość z nas. To jego opowieść. Jestem zachwycony i dumny, że mogłem być jej częścią.

Robin Moore
Westport, Connecticut, 1974


1. FIASKO NA MORANT KEYS

Bar, z widokiem na pasy startowe lotniska Palisados, w pobliżu Kingston na Jamajce, był kiedyś jedną z bardziej znanych międzynarodowych knajp. Siedząc tam i czekając aż odleci aktualna dziewczyna, albo przyleci następna, można było, spoglądając na zachód, obserwować ruch w porcie w Kingston. Na wschodzie wznosiły się szarobiałe chmury dymu z potężnej fabryki cementu, która dostarczała podstawowy składnik dla przeżywającej budowlany rozkwit Jamajki. Jeszcze dalej na wschód, żywa i bogata eksplozja roślinności pokrywała Góry Błękitne, wznoszące się na wysokość ponad dwóch tysięcy metrów, które znane były z tego, że rosły tam jedne z najbardziej egzotycznie smakujących ziaren kawy na zachodniej półkuli. Za górami, na północno-wschodniej krawędzi wyspy leży Port Antonio, gdzie wtedy mieszkałem. Po tym jak ktoś już się nasycił pejzażami za oknem pozostawała przyjemna obserwacja ludzi. Aktorka Patrycja Wymore, bardziej znana na Jamajce jako Pat Flynn, wdowa po Errolu, była częstym gościem na Jamajce w tamtym czasie. Można było jeszcze zabić czas gawędząc, podczas nieuniknionych opóźnień w lotach, z innymi regularnymi bywalcami takimi jak Noel Coward, Ralph Bunche, Bill Paley, Ian Fleming, Ginger Rogers, albo były wice-prezydent Richard Nixon lub jego kumpel William Rodgers. Po kilku latach przepracowanych w nowojorskiej telewizji i jeszcze kilku dla sieci Sheraton, poznałem tych ludzi choćby przelotnie. Tego konkretnego razu, przyjechałem do Kingston razem z Howardem Jenningsem. On wysyłał swoją dziewczynę a moja miała właśnie przybyć i nikt z nas nie miał nastroju na pogaduszki z gośćmi przy stolikach. Jeszcze, gdy machaliśmy na pożegnanie jego dziewczynie w samolocie, zaczął narzekać na perspektywę spędzania samotnie tygodnia świąt Bożego Narodzenia. Roześmiałem się. Howard rzadko, kiedy był bez damskiego towarzystwa dłużej niż trzy lub cztery dni i ciężko było go sobie wyobrazić samotnego na święta, jednego z najżywszych okresów roku na Jamajce.

Poznałem Howarda na Jamajce niewiele wcześniej i od tego czasu zaprzyjaźniliśmy się. Byliśmy dwoma kawalerami, których łączyły wspólne zainteresowania w dobrym jedzeniu, dobrym winie i niezbyt grzecznych kobietach a tego wszystkiego było na Jamajce pod dostatkiem. Howard miał wystarczającą ilość czaru by zaspokoić swoje nieustające poszukiwania kobiet. Był wysoki, przystojny i smukły, zdający się być wzorcowym przykładem teksańczyka tak jak ludzie sobie ich wyobrażali. Jednak sposób, w jaki mówił, jego wyrafinowana wiedza o świecie i nienaganny ubiór prawie nie miały w sobie wschodnio-teksańskiego elementu. Wywoływał niemal dewastujący efekt na płci pięknej. Przez lata poznałem go dobrze i odkryłem, że to człowiek prawdziwie fascynujący, czasem zdumiewający, po części twardziel i poszukiwacz przygód, a po części elegancki bon vivant. Wyglądało na to, że zostawił swoje teksańskie dzieciństwo daleko za sobą jednak jego ślady wciąż można było dostrzec pod wielkomiejską powłoką. Był samotnikiem, człowiekiem z ciągłym pragnieniem ruchu, chcącym zobaczyć, co następny ocean lub dżungla ma mu do zaoferowania. Był, choć w danym momencie nikt z nas, w Kingston tego jeszcze nie wiedział, typowym materiałem na rasowego poszukiwacza skarbów.

Howard urodził się w Tulsa w Oklahomie 27 Lutego 1925 roku, choć jego chłopięcy wygląd trochę temu przeczył. Pochodził ze środowiska , które brało udział w wyprawie po ziemię w Oklahomie w roku 1889 i ludzi, którzy swój pierwszy rok przeżyli w zbudowanych przez siebie ziemiankach na prerii. Jego ojciec, Kelse E. Jennings reprezentował drugie pokolenie południowo-zachodnich mieszkańców pogranicza, w których pragnienie ziemi zostało zastąpione żądzą oleju. Kelse był niezależnym poszukiwaczem ropy i kiedy tylko zaczęło się ropne prosperity w Teksasie, szybko przeniósł się z żoną Dorothy i dwuletnim Howardem do Amarillo w Teksasie. Potem, po odkryciu nowych złóż ropy na wschodzie Teksasu, rodzina, teraz już powiększona o dwójkę nowych dzieci Dorothy Jeanne i Jamesa Roberta, osiedliła się w Texarkanie w 1933.

Texarkana jest podwójnym miastem położonym dokładnie na granicy między Teksasem a Arkansas z dwoma niezależnymi organami władzy miejskiej i ze znaną od dawna przyjacielską rywalizacją pomiędzy dwoma miastami. Howard wyrósł chodząc do szkoły w Texarkanie po stronie teksańskiej i choć był zainteresowany szkolnymi sportami - grał w koszykówkę - jego prawdziwymi miłościami były łowiectwo i wędkarstwo. W tamtych czasach wciąż pełno było jeszcze wolnej przestrzeni dookoła Texarkany i Howard wraz z przyjaciółmi wykorzystywał każdą okazję by wyjeżdżać poza miasto.

Jak wielu młodych chłopców na południowym zachodzie, Howard wychował się na wysłuchiwaniu opowieści przygodowych o rewolwerowcach, wojnach z Indianami, zaginionych kopalniach złota i ukrytych skarbach z czasów Corteza i Coronado. Czytał o znanych korsarzach i piratach, którzy szli w ślad za hiszpańską konkwistą a w jego wyobraźni przewijały się nazwiska takie jak Hawkins, Drake, Morgan, Kidd, bezwzględny L'Ollonais i maniakalny Blackbeard. Między tymi nazwiskami jedno zdawało się, nie bez powodu, być szczególne: Kapitan Henry Jennings, wczesny pirat , który działał na Bahamach i który założył piracką fortecę w New Providence, w miejscu gdzie dziś leży Nassau. Rodzinna legenda mówiła, że Kapitan Jennings był bezpośrednim przodkiem i choć nie było na to dowodów, Howard czytał o jego wyczynach ze szczególnym zainteresowaniem, jakiego nie odczuwał przy innych opowieściach.

Kapitan Jennings rozpoczął swą działalność od atakowania ratowniczych operacji wydobywczych, które były wtedy prowadzone u wybrzeży Florydy. Były to operacje mające na celu wydobycie olbrzymich skarbów utraconych przez Flotę Hiszpańską rok wcześniej czyli w 1714. (Współczesny poszukiwacz skarbów Kip Wagner kontynuował operacje wydobywcze, które Kapitan Jennings przerwał z zyskiem dla siebie dwa i pół wieku temu, wydobywając fortunę w hiszpańskich skarbach z tej samej zatopionej floty galeonów.) Jakiś czas potem Kapitan zebrał liczną grupę piratów i atakował z powodzeniem bogate statki handlowe, które płynęły z Veracruz i Portobelo przez zdradliwe wody Karaibów. Henry Jennings zaakceptował królewski pardon po kilku latach spędzonych na morskich przygodach oraz powiększaniu majątku i przeszedł na emeryturę stając się respektowanym mieszkańcem Bermudów zakładając rodzinę , której potomkiem mógł być rozbrykany dzieciak biegający po wzgórzach wschodniego Teksasu. Opowieści o starym Kapitanie Jenningsie i o hiszpańskich galeonach pełnych skarbów, które grabił, zapadły Howardowi głęboko w pamięć i w późniejszym okresie myślał o nim często, decydując się na poszukiwania niektórych z tych samych skarbów, które kusiły starego pirata dwa stulecia wcześniej.

Kiedy wybuchła druga wojna światowa, Howard, którego zawsze fascynowało lotnictwo, zaciągnął się do Amerykańskich Sił Powietrznych. Dzięki przyśpieszonemu programowi szkoleniowemu , który rozpoczął się mniej więcej w czasie jego zaciągu, Howard otrzymał patent oficerski, gdy miał zaledwie osiemnaście lat. I w ten sposób, gdy otrzymał już swój przydział został najmłodszym dowódcą samolotu w Ósmej Armii Powietrznej. Howard pilotował wielki cztero-silnikowy bombowiec Liberator w 329 szwadronie, 93ej Grupy Bombowej. Pomiędzy pilotami Latających Fortec a Liberatorów istniała i istnieje do dziś diametralna różnica zdań dotycząca zalet i wad tych samolotów. Howard broni zawzięcie Liberatora i jakakolwiek krytyka tego samolotu potrafi wciąż sprawić, że w jego zwykle spokojnym tonie głosu słychać gniew. Szóstego Lutego 1945, podczas swojej dwudziestej piątej misji nad Europą, samolot Howarda został trafiony pociskiem z niewielkiego cztero-lufowego stanowiska obrony przeciw lotniczej w pobliżu Alkmar w Holandii. Czując, że traci kontrolę nad lotkami, Howard zrzucił swoje bomby, w chwili, gdy Liberator wysunął się z szyku. W momencie, gdy wypadła ostatnia z nich, samolot został ponownie trafiony, ale tym razem dokładnie w luk bombowy. Jeden z kanonierów zginął natychmiast, a drugi w kilka sekund później w pożarze, który ogarnął kadłub. Howard i reszta załogi wyskoczyła na spadochronach. Dziesięć sekund później Liberator eksplodował. Howard przyznaje, że podobnie jak większość pilotów nie dbał przesadnie o ekwipunek lotniczy. Tym razem nie założył poprawnie spadochronu i teraz przez kilka mrożących krew w żyłach minut żałował tego, gdyż wisiał ze spadochronem na jednym ramieniu na pięciu tysiącach metrów, a jego ciało wirowało pod kątem 45 stopni do pionu. W końcu wylądował szczęśliwie tylko ze zwichniętym barkiem, ale niestety został wzięty do niewoli. Przebywał w obozie jenieckim do 29 kwietnia 1945 kiedy został wyzwolony przez Trzecią Armię Pattona w Moseburgu w pobliżu Monachium. Kilka dni później zakończyła się wojna w Europie. Howard nie opowiadał zbyt dużo o latach po wojnie, ale w czasie wielu spędzonych wspólnie dni udało mi się ułożyć część historii. Po powrocie z Europy skorzystał z przywileju umożliwiającego podjęcie nauki przez żołnierzy i dostał się na Uniwersytet w Oklahomie, robiąc dyplom z Geologii. Kiedy jego dziewczyna oznajmiła mu, że jest w ciąży, zostawił szkołę i ożenił się z nią. Zanim odkryli ,że wcale nie jest w ciąży, Howard zaakceptował swoją nową rolę jako żywiciela rodziny. Zamiast wracać na uniwersytet zatrudnił się jako robotnik na polu naftowym. Jego wspomnienia z tego okresu są bardzo żywe i często opowiadał dokładnie, na czym polegają obowiązki takiego robotnika, jednego z trzech ludzi, którzy obsługują olbrzymie klucze dociskające i poluzowujące rury podczas wierceń. Jest to ciężka manualna praca , która jak na prace nie wymagające kwalifikacji jest niezwykle dobrze płatna. Howardowi i jego młodej żonie wiodło się nieźle, do czasu, kiedy pewnego dnia poważnie uszkodził sobie rękę w pracy i jego dni jako dobrze opłacanego robotnika dobiegły końca. To uderzenie w finanse było najwyraźniej gwoździem do trumny i tak rozpadającego się małżeństwa , więc para zgodziła się na rozwód.

Howard nie mogąc podjąć pracy na polach naftowych, przesuwał się od pracy do pracy, tak jak wielu z nas. Przeszedł przerażający okres jako pilot rozpylający środki ochrony roślin latając rozpadającymi się BT-13. Kiedy wymienialiśmy doświadczenia z latania na rozklekotanych samolotach-pułapkach, powiedział, że te ledwo trzymające się kupy przestarzałe wraki były jego największą zmorą z tamtych czasów. Po dwukrotnej "rozsypce" zostawił tę pracę i wrócił do Tulsy. Tam wróciło mu szczęście. Dostał pracę jako człowiek od rekonesansu dla Amerada Petroleum a w niedługi czas później zakochał się i ponownie ożenił. W końcu był gotowy by gdzieś osiąść, ale dwa tygodnie po ślubie został wezwany do służby w lotnictwie w trwającej wciąż wojnie w Korei. Okazało się, że nie przeniesiono go daleko: na lotnisko Kelly w Teksasie, gdzie miał pilotować duże cztero-silnikowe C-47 dla lotniczych służb transportowych. Jednak jego praca wymagała długich nieobecności w domu, gdy transportował żołnierzy i zaopatrzenie przez Pacyfik i to prawdopodobnie zadecydowało o rozpadzie jego drugiego małżeństwa. Howard odszedł z lotnictwa w 1952, wrócił do Amerady i otrzymał pracę w departamencie eksploracji tej firmy. Dzięki tej pracy wyruszał często na wyprawy rekonesansowe do Utah, Wyoming, i innych części północnego- zachodu, co ponownie rozbudziło w nim zainteresowanie zaginionymi skarbami i życiem poza miejskim. Podróżował przez słabo zaludnione tereny północnego zachodu, zbaczając czasami do starych opuszczonych miast-widm albo byłych osad poszukiwaczy złota i próbując coś znaleźć używając wojskowego wykrywacza min z demobilu. Podczas jednego z takich wypadów, na Przełęczy Południowej w Wyoming, szperał z wykrywaczem w ruinach spalonego domu z bali , gdy w pobliżu kominka usłyszał mocny sygnał. Howard przyniósł szpadel ze swojego dżipa i zaczął kopać. W ciągu kilku minut wykopał prawdziwy skarb: 15 złotych dwudziesto-dolarówek, 153 srebrne dolary i dobrze zachowany pistolet Remington Derringer kaliber 41.

Z czasem Howard został mianowany szefem swojego departamentu do spraw eksploracji w Kanadzie, a następnie zaoferowano mu ważne stanowisko w zarządzie w Tulsa. Dowiedział się także, że jego druga żona wystąpiła o rozwód. Mając trzydzieści pięć lat, stanął przed perspektywą bezpiecznej i stabilnej przyszłości, awansów i sukcesów w poważnej korporacji. W tym samym jednak momencie kończyło się jego drugie małżeństwo i wiele nurtujących pytań dotyczących sposobu, w jaki chciał dalej żyć czekało na odpowiedź. Coś wewnątrz nie dawało spokoju Howardowi Jenningsowi, coś , co nie chciało być ograniczone spotkaniami i zebraniami zarządów w świecie biznesu. I tak pewnego dnia, Howard wyszedł ze swojego biura, przekazał swój dochód i większość oszczędności swojej żonie i zrezygnował z subskrypcji Wall Street Journal. Zostawiał za sobą nie tylko dom i pracę, ale także na zawsze konwencjonalny tryb życia. Choć nie mógł jeszcze wtedy tego wiedzieć, jego zerwanie z rutyną było początkiem rebelii, która miała go zabrać z wygodnego życia w centrum klasy średniej aż na niebezpieczne zewnętrzne krawędzie cywilizacji. Ale to wszystko miało dopiero nastąpić. Z Tulsy przydryfował na Jamajkę, gdzie się poznaliśmy i spędziliśmy razem trochę fajnych chwil, w tym wiele podróży na lotnisko by odebrać lub wysłać naszych gości płci pięknej. Teraz, kiedy czekaliśmy na moją dziewczynę, Howard zaczął cierpieć na swoją post-pożegnalną depresję.

- Cholera, Robin, pomyśl o kimś - zażądał , gdy ogłoszono przylot samolotu z Nowego Jorku.

- Mmmmm - mruknąłem znad kieliszka. To było nawet miłe, gdy ten artysta podrywów zwracał się do mnie po pomysły, ale myśli miałem wypełnione oczekiwaniem Barbie, mojej pochodzącej z Francji nowojorskiej dziewczyny,która oprócz wielu godnych zapamiętania talentów potrafiła też świetnie pisać na maszynie. Kończyłem właśnie jedną z moich książek i potrzebowałem wszystkich jej umiejętności.

- Mmmmm, gówno tam! - rzucił Howard. - Sprawa jest poważna.

W 1960 roku odprawa celna na Jamajce była szybka i łatwa; Barbie była w moich ramionach w dziesięć minut po wylądowaniu, a w ciągu następnych dziesięciu siedzieliśmy w moim Morrisie kombi i sunęliśmy do Port Antonio. Z Kingston można się dostać do Port Antonio na dwa sposoby. Droga nad wybrzeżem jest malownicza , ale jedzie się pół godziny dłużej niż drogą prowadzącą przez góry ,a ja się śpieszyłem. Howard gaworzył z Barbie, podczas gdy ja prowadziłem samochód krętą drogą, piszcząc oponami na zakrętach i mając nadzieję ,że nie uderzę w którąś z potężnych ciężarówek, które często się psuły i parkowały na wąskiej drodze. Przekroczyliśmy już góry i zjeżdżaliśmy w miarę prostym kawałkiem drogi wzdłuż wspaniałego kawałka wybrzeża, kiedy prawie nie zepchnąłem z drogi małego samochodu zaparkowanego na poboczu, który wcześniej musiał zmierzać w ta samą stronę.

- Przeklęty kretyn! - Krzyknąłem. W tym samym momencie Howard krzyknął - Zatrzymaj samochód!

Nacisnąłem na hamulce i samochód zatrzymał się z piskiem. Zanim kurz zdążył osiąść na drodze Howard był już na zewnątrz biegnąc w stronę stojącego na poboczu pojazdu. Odwróciłem się, spodziewając się, że ujrzę jakąś przerażającą scenę powypadkową, ale zobaczyłem tylko wysoką, szczupłą dziewczynę o kasztanowych włosach ubraną w cienką żółtą sukienkę. Spojrzałem na Barbie a Barbie spojrzała na mnie i obydwoje wybuchnęliśmy śmiechem. Włączyłem wsteczny bieg.

Dziewczyna stała obok Howarda który podniósł maskę jej samochodu i zaglądał do silnika. Wysiadłem z Morrisa i podszedłem do nich.

- Robin, poznaj Lindę - powiedział Howard.

Tak po prostu; jakby znał ją przez lata, jakby przyjechała by spędzić z nim święta.

Pochyliłem się by zobaczyć, na co się patrzył.

- Wygląda mi to na poważną usterkę - stwierdził Howard.

Nie jestem mechanicznym geniuszem, ale nawet ja widziałem , że przewód od dystrybutora zwisał sobie luźno i nawet ja wiedziałem ,że wystarczyłoby go ponownie zamocować by wynajęty samochód dziewczyny znowu był na chodzie.

- Wiesz Linda - powiedział Howard - wygląda na to, że będziesz musiała przesiąść się do naszego samochodu. Możemy przysłać samochód z warsztatu żeby to naprawili.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Zanim jednak mogłem zakończyć tę farsę dziewczyna powiedziała słodko - Skoro tak sądzisz Howard...

Linda Bradford okazała się być córką misjonarzy , którzy mieszkali w zachodniej Afryce. Na Jamajce spędzała swoje trzytygodniowe wakacje i jechała do Port Antonio by zwiedzić malowniczą przystań, gdy zepsuł się jej samochód. W godzinę po naszym przyjeździe Howard odwołał jej rezerwację hotelową, odesłał samochód do agencji wynajmu i skłonił Lindę do wprowadzenia się do wolnego pokoju u niego w domu. Jak wszyscy mieliśmy się o tym przekonać, gdy Howard coś postanowi to osiąga swój cel.

Błękitna Laguna jest jednym z najpiękniejszych i zapierających dech w piersiach miejsc na świecie. W lagunie o kształcie pół księżyca z kanałem do morza, otoczonej przez ciemnozieloną roślinność i błyszczące złociste plaże, lśni jedna z najbardziej błękitnych i czystych wód na planecie. Dwa lata wcześniej nabyłem posiadłość i wybudowałem urocze miejsce spotkań , które nazwałem Domem Herbacianym nad Błękitną Laguną. Podczas dnia, turyści zatrzymywali się na kąpiel w kryształowej wodzie i kilka drinków, a w nocy często urządzałem przyjęcia dla moich przyjaciół. Dwa wieczory przed wigilią Bożego Narodzenia miała miejsce taka impreza i oczywiście zjawił się Howard wraz z Lindą.

Dom Herbaciany był skonstruowany jako duża niezabudowana przestrzeń jadalno-barowa, nakryta trawiastym dachem. W jednym końcu, nieco odgrodzona, znajdowała się mała kuchnia i duży bar. Powietrze było przyjemne a świece migające w nocnym świetle podkreślały urodę kobiet. Oprócz mojej Barbie i Lindy Howarda była jeszcze Peggy Oxenbury z mężem, Porucznikiem-Pułkownikiem Tonym Oxenbury, emerytowanym oficerem armii brytyjskiej; Penny i Allen Langley z Miami; Iris i Scotty MacRowland i wreszcie śliczna Wren Warren i jej mąż Des, kapitan mojej łodzi.

Tony Oxenbury zarobił sporo forsy wcześniej w Londynie i na emeryturę przeniósł się na Jamajkę, by zainwestować swoje pieniądze w nieruchomości. Tony miał mocną, żywiołową osobowość i żył pełną piersią ceniąc sobie dobre towarzystwo.

Allen Langley był dyrektorem galerii sztuki Lloyd Merlin w Miami. Był bardziej archeologiem niż znawcą sztuki, ale nie wszyscy mogą robić kariery w archeologii. Przez swoje koneksje z Uniwersytetem w Miami, które zgromadziło pokaźną kolekcję sztuki pre-kolumbijskiej, utrzymywał kontakty z obu tymi dziedzinami.

Scotty MacRowland był, gamblerem, którego dochodowa działalność budowlana utrzymywała niezbyt dochodowe godziny spędzone przy karcianym stole. Jego nałóg był dla mnie i Howarda i rozrywkowy i dochodowy.

Des Warren był rzadkim Jamajczykiem, który potrafił naprawić silnik, sterować łodzią i rozróżniać pomiędzy swoją własnością, a moją. Naprawdę nie miał na imię Des, ale tak bardzo przypominał mi serię opowieści Phila Wylie "Des i Crunch" w starym "Saturday Evening Post" ,że musiałem go tak nazwać.

Po kilku drinkach zauważyłem jak Barbie dobitnie wyjaśnia Allenowi Langleyowi obowiązki dyrektora galerii i dotarło do mnie, że wszyscy trochę za dużo wypiliśmy. Dotarło też do mnie , że od przeszło godziny Howard próbował skierować dyskusję w kierunku swoich zainteresowań. Kiedy Howard się koncentruje lub jest sfrustrowany,zaczyna chodzić. Inni ludzie określali to jako "liczenie podłogi" albo "wiszenie jak helikopter" bądź "ruchy w tą i z powrotem", ale dla mnie to były myśliwskie podchody i właśnie tego wieczora to robił.

Wreszcie, w chwilowej przerwie, zaatakował.

- Penny, czy Allen kupuje jakieś karaibskie złoto dla galerii? - Zapytał.

Penny Langley nie była kobietą, która pozostawała na skraju życia swojego męża; była prawie tak samo kwalifikowana jak on w kwestii zakupów muzealnych i wystaw.

- Allen odkrył, że galeria nie może się zbytnio angażować w sprawie skarbów z zatoki - powiedziała - Koszty przerastają nasze fundusze. Mamy na celu głównie pozyskiwanie zabytków prekolumbijskich z Jukatanu czy innych wykopalisk w Centralnej Ameryce.

Allen włączył się do dyskusji. - Właściwie Howard, złoto tylko dla złota nie interesuje galerii sztuki - powiedział.

- Większość hiszpańskiego złota na wrakach została przetopiona z zabytków Indian i przerobiona w Limie. Wraki w pobliżu Florydy i na Bahamach mało nas interesują; dublony są dla poszukiwaczy skarbów,a nie dla naukowców.

Skończyłem swoje Martini i uśmiechnąłem się do Howarda. - Morant Keys? - zapytałem.

Skinął głową.

- Dokładnie.

Odwróciłem się do moich gości.

- Howard i ja mamy pewną teorię. Ciekawy jestem, co o niej sądzicie.

Przez ostatnie kilka tygodni przy drinkach wypitych podczas spokojnych wieczorów, Howard i ja rozwinęliśmy teorię , że Morant Keys, położone jakieś sześćdziesiąt pięć kilometrów od wybrzeży Jamajki było idealnym miejscem na odkrycie zakopanych skarbów. Statek piracki, który łupił Bahamy, albo w pobliżu wybrzeża Florydy lub na północ od portu w Hawanie, musiał przepłynąć w pobliżu Morant Keys po przejściu przez cieśninę Windward pomiędzy Kubą i Santo Domingo.

- Nasza koncepcja zakłada, że ruch do i z Portu Royal był tak duży, że niektórzy piraci woleli zaufać raczej kryjówce na Morant Keys niż zabierać ze sobą skarby do przybytku złodziei pracujących z Henry Morganem w Port Royal -

Następnie Howard opisał położenie i topografię malutkich wysepek. Archeolog kiwał głową, ale zdawał się być znudzony.

- Co o tym sądzisz Allen? Jest to możliwe? - Spytałem go wreszcie.

Uśmiechnął się pijąc ze swojej szklanki.

- Jasne - stwierdził - Na Karaibach są miliony dolarów w złotych monetach, sztabach i skarbach. Może setki milionów. Ale to tylko pieniądze. Dla archeologa to za mało.

Gdy się nad tym zastanawialiśmy Tony oxenbury zaskoczył nas wszystkich mówiąc

- A dla mnie to bez znaczenia. Chciałbym się po to wybrać.

- Czemu? - Spytał Allen. - Pojedziecie, narobicie się po pachy i wrócicie zniechęceni. Dziesiątki wyszkolonych archeologów ciągle wyrusza po legalne zabytki i wracają do domu z pustymi rękoma.

Widziałem, że Howard nie był przekonany. W ciągu tych tygodni od czasu, gdy po raz pierwszy zaczęliśmy rozmawiać o skarbach na Morant Keys, zakończył swój projekt związany z nieruchomościami. Zaryzykował pieniądze, pracował długie godziny i walczył z opornymi robotnikami. Niezagospodarowana ziemia, którą kupił była już oczyszczona. Zbudował drogę na wzgórze, na które wcześniej nawet kozice nie chciały wchodzić i co jest najbardziej zdumiewające, sprzedał wszystkie działki zamożnym Amerykanom na domki letniskowe. Teraz Howard chciał rozpocząć nowy projekt. Pomysł by szukać skarbów na Morant Keys podekscytował go bardziej niż cokolwiek podczas całego okresu naszej znajomości.

Ten pomysł, także w mojej wyobraźni znalazł podatny grunt. Wyobrażam sobie, że każdy, choć raz w swoim życiu marzył o znalezieniu skarbu i ja nie jestem tu żadnym wyjątkiem. Ale kiedy ktoś podsuwa plan znalezienia autentycznego skarbu, wtedy umysł dopiero zaczyna pracować. W różnych chwilach, głównie wtedy, kiedy miałem produkować nowe słowa na mojej maszynie do pisania, moja wyobraźnia wędrowała do momentu, gdy otwieram starą skrzynię i sięgam ręką pomiędzy lśniące złote dublony. Napisanie książki zabiera mi kilka lat, może dłużej, i za ten wysiłek mogę otrzymać kilka tysięcy dolarów. Ale tylko wyobraźcie sobie, że w jednej skrzyni ze skarbami mógłbym znaleźć setki tysięcy a może miliony dolarów w złocie i srebrze i ...

Tak to już pracuje wyobraźnia.

Howard demontował stwierdzenia Allena.

- Zacznijmy od tego , że nie ma nic nielegalnego w znajdowaniu skarbów. Wielu rozsądnych i poważanych osób było związanych z poszukiwaniami. Oprócz tego, nie wszystkie złote czy srebrne zabytki zostały przetopione w sztabki czy monety. Hiszpanie przesłali sporo artefaktów nienaruszonych dla swoich własnych muzeów.

- Jasne, szlak do Hiszpanii - powiedział Allen - Brzmi bardzo romantycznie. Wystarczy pomyśleć o tych wszystkich statkach płynących tymi samymi szlakami z Karaibów do narodowych skarbców Hiszpanii, pękających w szwach od skarbów ze zrabowanych przez nich ziem. Cudowne! Szkopuł w tym , że Morant Keys nie leży na szlaku. Jasne, jest pewna logika w waszym pomyśle o skarbach zostawionych przez piratów. Ale musicie pamiętaćm że ta możliwość jest niewielka.

- Czemu? - Spytał Howard.

- Na początek, główny okres piractwa przypadł jedynie na lata od środkowego siedemnastego wieku do pierwszych lat osiemnastego. To stosunkowo niewiele. Kolejny powód to utrzymanie tajemnicy. Standardowy piracki statek miał załogę złożoną z piętnastu do dwudziestu pięciu osób, z których wszyscy byli zaangażowani w ten łotrowski interes. Teraz wyobraź sobie próbę utrzymania razem grupy społecznie nie dostosowanych złodziei. Kiedy ktoś by opuścił grupę, jego lojalność mogła ulec zmianie, a tajne schowki mogły już nie być takie tajne. Nie zrozum mnie źle; mówimy tutaj o milionach dolarów w czystym złocie i srebrze, ale mówimy tu także o bardzo małym prawdopodobieństwie , że jakiś skarb zostawał nienaruszony przez całe lata. Wielu członków z tych pirackich załóg było nastolatkami; mieli przed sobą wiele produktywnych lat by chcieć wrócić i odkopać te skarby.

Allen spojrzał na swoją nieco zgaszoną publiczność i kontynuował - Stevenson napisał wyjątkowo poruszającą wyobraźnię książkę "Wyspa Skarbów", a historia była dla niego łaskawa i zapewniła mu szeroką dystrybucje jego dzieła, a nas zostawiając z wizjami diabolicznych pirackich kapitanów zabijających wszystkich członków załogi, którzy wiedzieli gdzie ukrył swoje łupy. W rzeczywistości, takie wydarzenia były wysoce nieprawdopodobne. Prawda jest taka, że Stevenson i jego wydawcy to pewnie jedyne osoby ,które kiedykolwiek naprawdę zarobiły na pirackiej braci.

- Zakładam , że sugerujesz, iż na świecie nie ma zbyt wielu skarbów? - Spytał Howard.

- W zasadzie tak.

- W takim razie proszę pana, sądzę, że pan gówno wie - stwierdził Howard spokojnie.

Byłem w szoku. Nie ze względu na język ,ale z racji tego ,że to Howard, któremu surowe protestanckie wychowanie we wschodnim Teksasie zabraniało używania wulgaryzmów przy kobietach, wyraził się w ten sposób. Patrząc na to z perspektywy czasu sądzę, że ten moment wyznaczał punkt zwrotny w życiu Howarda i to, co wtedy zdawało się być towarzyską gafą, było w rzeczywistości obroną swoich marzeń.

Niewygodną ciszę przerwał Tony Oxenbury. - W porządku - powiedział z nienaganną manierą wyniesioną z akademii wojskowej w Sandhurst - myślę , że byłoby to bardzo zabawne gdybyśmy spróbowali znaleźć ten skarb z Morant.

- I za to na Boga mogę wypić Tony - powiedział Howard - gdybym tylko miał drinka...

Wdzięczny za to, że najgorsze już za nami, krzyknąłem - Creole! Do cholery Creole! Gdzie jest wino?

Kiedy wino zostało już rozlane, Howard chwycił swój kieliszek i wzniósł toast za wyprawę po skarby.

Allen Langley wypił i uśmiechnął się uprzejmie ale dodał - i za kolejną biedną grupę dusz zarażonych gorączką złota.

Kolejne pięć dni poświęciliśmy na intensywne przygotowania, przeprowadzone z powagą i graniczące czasem z czystą farsą. Dla Howarda priorytetem było zorganizowanie wykrywaczy metali. Miał już swój stary wykrywacz min z czasów II wojny światowej, topornie wyglądający i bardzo ciężki, ale zadziwiająco dokładny podczas naszych eksperymentów w ogrodzie Howarda. Zakopaliśmy i "znaleźliśmy" dziesięcio-centówkę na piętnastu centymetrach, śrubokręt na czterdziestu pięciu a patelnię na prawie metrze. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że świeżo wykopana dziura też daje sygnał pozytywny. Ale o tym dowiedzieliśmy się później, a na razie byliśmy wniebowzięci.

Żeby nie dać się prześcignąć Howardowi, poleciałem szybko do Miami, by kupić więcej sprzętu na naszą wyprawę. Popytałem wokoło i dowiedziałem się , że jakiś gość w zachodnim Palm Beach robi jakiś nowy wykrywacz, więc popędziłem tam i wydałem 285 dolarów na tę maszynę i błyskawiczny kurs jej obsługi. Potem wynająłem samolot żeby jak najszybciej znaleźć się ze swoim wykrywaczem w Port Antonio. W końcu, co znaczyło kilkaset wydanych dolców w porównaniu z milionami w złocie, które mieliśmy znaleźć?

Tony i Peggy Oxenbury mieli zająć się zorganizowaniem aprowizacji na naszą tygodniową ekspedycję. Tony był dowódcą czołgu podczas drugiej wojny światowej i pomyśleliśmy sobie , że jeśli mógł pomóc przy transporcie całej armii przez Francję, to z pewnością będzie mógł zaplanować żarcie dla sześciu poszukiwaczy skarbów i pięciu pracowników. Nasza logika nie wzięła pod uwagę Peggy Oxenbury, która była przyzwyczajona do wydawania szykownych przyjęć w modnej w Londynie dzielnicy Belgravia i której udało się wydać 980 dolarów na takie niezbędne składniki prowiantu jak wędzone ostrygi, świeże karczochy i pate tendre w puszkach. Na szczęście Tony załatwił też trochę steków, hamburgerów i puszek fasolki.

Wzbudziliśmy sporo zainteresowania w lokalnym sklepie, gdy kupowaliśmy łopaty, kilofy, liny, wiadra, latarki i kilka tuzinów innych drobiazgów na łączną kwotę kolejnych 462 dolarów. Niedokładny spis innych zakupów - tropikalnych kurtek, polowych kapeluszy, butów do dżungli i krzeseł "safari" , przyniósł wydatek ponad 1000 dolarów. Wydałem 11 dolarów na maskę do nurkowania, płetwy i hawajski pistolet na strzały, prawdopodobnie jedyny sensowny zakup zrobiony przez całą naszą zwariowaną grupę. W końcu byliśmy gotowi. Mieliśmy się spotkać o szóstej rano nad Błękitną Laguną.

Wypłynęliśmy z Błękitnej Laguny o 6.30 i opuściliśmy rejon Port Antonio w ciągu godziny. Była 7.45 gdy przekroczyliśmy 76°30' długosci geograficznej, pozycję, na którą nastawiony był mój sprzęt nawigacyjny. Wziąłem kolejny namiar jeden-siedem-osiem stopni kierunek południe w stronę Morant Keys.

Moja łódź, Intermezzo, była dwunastometrowym sportowym kutrem rybackim firmy Evans. Oprócz Barbie i mnie był jeszcze Creole, który miał nam gotować i trzech jamajskich robotników do ciężkiego kopania - i do pomocy przy dźwiganiu naszego skarbu. Kilkaset metrów przed nami płynął siedemnastometrowy luksusowy i nowiutki jacht Belaire ze stoczni Chris Craft, Constitution, który Howard i Tony pożyczyli od przyjaciół w Port Antonio. Pilotował go Des Warren, który znał wody dookoła Jamajki jak własną kieszeń, a w klimatyzowanym splendorze płynęli Howard z Lindą, Tony i Peggy, kilka skrzynek z alkoholem, zamrażarka pełna steków i szafki wypchane różnymi smakołykami by osłodzić nieco trudy poszukiwań skarbów. Nie chcieliśmy niepotrzebnie cierpieć szukając naszej fortuny.

Podczas gdy ja stałem za sterem Intermezzo, Barbie czytała mi na głos Historię Zaginionych Wraków, książkę naukową ,którą kupiłem by podszkolić się nieco w temacie karaibskich skarbów. Pod pokładem Creole smażył jajecznicę na bekonie, na nasze pierwsze śniadanie, na pełnym morzu. Wszystko zdawało się iść zgodnie z planem. Nie wiedziałem, że na pokładzie Belaire mój kapitan, Des, przewoził ładunek składający się z samych kłopotów. Howard i Tony byli już na najlepszej drodze, do wczesno-porannego upicia się. Z każdą kolejną szklanką krwawej Mary, dramatycznie podnosiło się nerwowe napięcie. Pięć godzin później, gdy rzucaliśmy kotwicę w zatoczce na Morant Keys, nastroje groziły gwałtowną eksplozją. Gdy zbliżaliśmy się do miejsca gdzie chcieliśmy zakotwiczyć, w pobliżu największej z trzech małych wysepek, Tony wyciągnął wykrywacz min Howarda i zaczął nim wymachiwać w kierunku największej z wysp krzycząc:

- Dobra, cholerne złoto! Gdzie się do cholery ukrywasz?

Gdy zmniejszałem prędkość swojej łodzi słyszałem jak Howard krzyczy do Tonyego:

- Odłóż ten sprzęt na Boga! Wyczerpiesz baterie.

- Odpieprz się Jennings! - Odkrzyknął Tony i w tym momencie nasze dwie łodzie zderzyły się delikatnie, Tony stracił równowagę, detektor wyślizgnął mu się z ręki i wpadł z pluskiem do wody.

Włączyłem wsteczny bieg i pospiesznie odbiłem od Belaire. Howard rzucił się do burty jachtu, zderzając się z Tonym i przewracając go na pokład. Nie zwalniając, Howard skoczył do wody i sądząc po prędkości, z jaką zanurkował, złapał wykrywacz zanim ten dotknął dna. Des rozsądnie wyłączył silniki i pozwolił by Belair dryfował. Chwytając linę w jedną rękę i bosak w drugą, zastygł w oczekiwaniu. Gdy sądziliśmy , że upłynęły już minuty, zobaczyliśmy jak Howard z trudem wydostaje się na powierzchnię ze swoim detektorem, aż w końcu jego głowa ukazała się na powierzchni kryształowo czystej wody.

Gdy Des podał mu bosak, Howard potrząsnął głową gniewnie

- Nie mnie, do diabła. Wciągnij ten cholerny wykrywacz.

Następną godzinę spędziliśmy na cumowaniu łodzi, suszeniu Howarda i próbach uruchomienia jego detektora. Pierwsze dwie rzeczy załatwiliśmy bez problemu, ale wykrywacz pozostał niemy do końca wyprawy.

Nasz pierwszy obiad składał się z vichyssoise, szparagów w majonezie, łososia wędzonego w wywarze z ostryg i truskawek z mrożonym kremem i kawy. Potem zdrzemnęliśmy się, podczas, gdy nasi pracownicy przenosili nasz ekwipunek na brzeg. Tak się powinno szukać skarbów.

Obudziliśmy się około czwartej po południu i zebraliśmy na koktaile na pokładzie Belaire. Z drinkami w dłoniach i mapą brytyjskiej admiralicji nr XIX rozłożoną na stole w salonie Belaire, dokonaliśmy analizy naszego planu ataku.

Morant Keys składa się z dwóch większych wysepek i jednej mniejszej. Spoglądając na nie na mapie, przypominają trochę przednią anatomię kobiety w biustonoszu z małą wysepką jako jej pępkiem. Zacumowaliśmy przy największej z nich, najbardziej wysuniętej na wschód, położonej około półtora kilometra od zachodniej wyspy. "Pępek", jak zaczęliśmy nazywać najmniejszą wysepkę, była najbardziej na południe wysuniętą z trzech, około siedmiuset metrów od miejsca naszego zacumowania. Większa wyspa, od której mieliśmy zacząć nasze poszukiwania, miała niewielką osadę rybacką położoną na zachodnim brzegu, która była opuszczona podczas świąt. (Właściwie jedyne poważne badania, jakie przeprowadziliśmy na temat naszej wyprawy doprowadziły do uzyskania informacji, że wszyscy rybacy wyruszali do domów na Jamajkę na okres od Bożego Narodzenia do Nowego Roku.) Nie było tam żadnej przystani, gdyż rybacy wciągali swoje łodzie prosto na plażę podczas przypływu a osiem albo dziesięć chat okazało się być ciemne, śmierdzące i brudne.

Wszystkie wysepki leżały na szlaku morskim prowadzącym do lub z Port Royal na Jamajce, a my zakładaliśmy, że Morgan, czy inni piraci zatrzymywali się, by zdeponować tu swoje skarby zamiast zabierać je ze sobą do Port Royal, które było wtedy "najbardziej niegodziwym miastem świata". Przypływali, rzucali kotwicę, spuszczali łódź i kierowali się do najbliższego kawałka stałego lądu. Takim punktem był wschodni cypel największej z wysp.

Minęło sporo czasu i było już zbyt późno, by rozpocząć nasze poszukiwania, więc zdecydowaliśmy , że zjemy wczesną kolację i zaczniemy rano wypoczęci. Spałaszowaliśmy kolejną ucztę Lukullusa, popiliśmy brandy pod gwiazdami i położyliśmy się spać.

Słońce wstało o szóstej trzydzieści. Howard, Tony i ja dostaliśmy kawę i tosty, które przyrządziła Peggy,Barbie i Linda zaspały. Howard pracował nad swoim wykrywaczem próbując gorączkowo tchnąć w niego jakąś iskrę elektronicznego życia, jednak detektor zdołał jedynie wydobyć z siebie jakiś mizerny pisk. Choroba wyglądała na śmiertelną i zdecydowaliśmy , że zamiast tego wypróbujemy mój sprzęt. Tony prawie się nie odzywał, wciąż zawstydzony swoim głupim zachowaniem.

We trójkę zeszliśmy na ląd o siódmej, zostawiając Peggy by zaopiekowała się młodszymi dziewczynami. Na brzegu czekało na nas trzech robotników i Des. Przespali noc bezpośrednio na ziemi owinięci w cienkie koce i zanim przybiliśmy byli już po śniadaniu. Wyruszyliśmy od razu w kierunku wschodniego cypla podążając za Jamajczykami wycinającymi drogę przez krzaki.

Dotarliśmy na cypel o siódmej trzydzieści i w kilka minut złożyliśmy mój sprzęt. Wykrywacz, którego używaliśmy był w zasadzie nadajnikiem i odbiornikiem. Sygnał był wysyłany z nadajnika w głąb gruntu gdzie został "odbijany" z powrotem do odbiornika. Kładąc na ziemi jakiś metalowy przedmiot i trzymając detektor jakieś pół metra nad nim, można ustawić pokrętło i tak ustawić maszynę, by reagowała na pojawienie się metalu w jej zasięgu. Po precyzyjnym dostrojeniu powinna reagować na metale znajdujące się pod powierzchnią. Gdy sygnał napotka metal, wychyla się igła na potencjometrze, a w słuchawkach słychać głośny pisk. Howard był pierwszym, który spróbował, machając wykrywaczem w tą i z powrotem nad miejscem testu. Nie było tam żadnych drzew, ale krzaki wysokie na jakieś pół metra i Howard musiał się nieźle wysilać, by je omijać, starając się szukać blisko gruntu. Miejsce, które wybraliśmy było oddalone jakieś dwieście metrów od brzegu, a Howard przeszukiwał teren o powierzchni 30 na 30 metrów, zbliżając się do morza. Przez jakiś czas Tony i ja chodziliśmy tuż za nim, czekając niecierpliwie na jakiś sygnał. Wreszcie, kiedy prawie się zderzyliśmy, Howard stanął i z nutą niecierpliwości w głosie powiedział:

- Hej, może byście tak usiedli? Zawołam was, jak coś usłyszę.

Wtedy po raz pierwszy poczułem niepokój poszukiwacza i złośliwy głos wyszeptał w mojej głowie: "A może coś znalazł i nie chce żebyśmy o tym wiedzieli?" To jedno z największych zagrożeń towarzyszących poszukiwaniu skarbów: podejrzliwość. To uczucie ustępuje szybko zdrowemu rozsądkowi, ale pierwsze ukłucie niepewności jest bardzo nieprzyjemne.

Tuż przed dziewiątą Howard krzyknął do nas.

Potrzeba nam było około dziesięciu sekund, żeby dobiec tam, gdzie stał, w napięciu poruszając powoli wykrywaczem ponad kępą trawy.

- Na Boga! - powiedział cicho, zrywając z głowy słuchawki i dając mi wykrywacz - Posłuchaj tylko.

Nałożyłem słuchawki na uszy, chwyciłem sprzęt, ustawiłem się odpowiednio i nachyliłem nad celem. Nagle w uszach zapiszczał mi przeraźliwie wyraźny sygnał. Przesunąłem się do przodu. Po przejściu około pół metra sygnał gwałtownie zanikł. Cofnąłem się kilkadziesiąt centymetrów i odwróciłem o 90°. Ruszyłem naprzód i znowu zgubiłem sygnał, tym razem zaledwie kilkanaście centymetrów od punktu, w którym zacząłem. Zamknąłem oczy i wycofałem się powoli delikatnie zmuszając detektor, by pokazał nam zasięg mocnego sygnału. Niecałe pół metra w tył i sygnał znowu zamilkł. Przesuwając przednią część sprzętu wolnym łukiem, w mojej głowie zaczął tworzyć się obraz. Pod moimi stopami coś sprawiało , że detektor wariował; coś o wymiarach mniej więcej 100 na 50 centymetrów. Idealny wymiar na skrzynię pełną skarbów!

Zdjąłem słuchawki i stanąłem uśmiechając się głupkowato.

- Możesz to zaznaczyć? - Spytał Howard odbierając mi wykrywacz.

Chwyciłem patyk i uklęknąłem na jednym kolanie. Howard przesunął wykrywacz.

- Zaznacz. - Narysowałem znak na miękkim podłożu.

- Zaznacz - powiedział ponownie i narysowałem kolejny znak.

W ciągu kilku minut mieliśmy wyrysowany prostokątny kształt i we trójkę staliśmy spoglądając na sugestywny kształt , który widniał na piasku.

Tony zawołał Desa i robotników, którzy od razu przybiegli. W moim życiu brałem już udział w wielu podniecających wydarzeniach: ostatnie chwile przed misją w bombowcu, zamieszanie przed otwarciem nowego hotelu Sheraton, przeżycia jako drużba próbujący przygotować pana młodego do ceremonii, ale nic nie mogło się równać z chaosem wywołanym przez siedmiu facetów skaczących na malutkim skrawku piasku na Morant Keys. To była bitwa tyłków i łokci dopóki nie przerwał jej Howard gromkim:

- Dobra, dosyć tego.

W ciągu minuty odsunął nas wszystkich i wyznaczył jednego z Jamajczyków, by zaczął kopać jako pierwszy.

Spoglądałem w napięciu na szpadel wdzierający się w ziemie, ale gdy zerknąłem na Howarda dostrzegłem ,że w ogóle nie przyglądał się kopaniu; jego wzrok utkwiony był na morskim horyzoncie. Później nauczyłem się rozpoznawać u niego ten wzrok i posturę. To było tak, jakby Howard już szukał jutra. Był pewien, że w tej dziurze będzie bonanza i jego umysł wybiegał już naprzód w poszukiwaniu nowych przygód, nowych skarbów ukrytych gdzieś w zapomnianych przez Boga zakątkach globu.

Dziura miała już ponad pół metra głębokości i nasz robotnik był kompletnie zlany potem. Des nakazał następnemu zająć jego miejsce, ale zanim ten zdążył zacząć, odezwał się Howard.

- Sprawdźmy sygnał.

Nie widziałem takiej potrzeby, ale podniosłem i włączyłem wykrywacz. Ku mojemu zdziwieniu sygnał zdawał się być słabszy, ale pokrywał teraz większy obszar. Było to dziwne, ale nie niepokojące. Sygnał wciąż tam był i wciąż był mocny. Wyszedłem z dziury i powiedziałem kopiącemu, by powiększył średnicę otworu.

Dwóch kopaczy później, dziura miała średnicę ponad metra i tyle samo głębokości. Na dnie zaczynała pojawiać się woda. Howard kazał robotnikowi wyjść i sam wskoczył do dziury z wykrywaczem; sygnał znowu był słabszy, ale wciąż tam był, wciąż wskazując na obecność metalu. Kopaliśmy przez następne pół godziny aż dziura miała przeszło półtora metra głębokości, a bose stopy naszego robotnika zakrywała kilkunasto centymetrowa warstwa wody.

Howard znowu wskoczył do dziury.

Sygnał znikł!

Bez słowa wygrzebał się na powierzchnię i podszedł do jednego z worków, które zabraliśmy ze sobą z łodzi. Po kolei wymienił w sprzęcie wszystkie baterie, mimo iż wskazówka pokazywała, że ich stan jest dobry. Włączył ponownie wykrywacz i zbliżył się do dziury. Po sygnale nie było śladu.

- Potrzebuje drinka - powiedział patrząc na mnie.

Skierowaliśmy się do łodzi. Drinki nieco pomogły, ale nie zapewniły nam żadnych odpowiedzi. Zrobiliśmy wszystko tak, jak było trzeba; więc co się stało?

W desperacji sięgnąłem po radio-telefon.

- Co u diabła chcesz zrobić? - Spytał Howard.

- Zadzwonię do Palm Beach i dowiem się, jakiego to kaszalota, zamiast wykrywacza, wcisnął mi ten sukinsyn.

- I zaraz jak to zrobisz, wszyscy na Jamajce się o tym dowiedzą - stwierdził - Radio-telefon to najbardziej publiczny środek łączności z możliwych. Zwali nam się na kark policja, inni poszukiwacze i jutro będzie tu pełno gapiów.

- Będę mówił kodem. Facet się domyśli, o czym mówię ale nikt poza nim.

Howard nie próbował mnie już powstrzymywać; chciał się dowiedzieć, co jest grane, tak samo jak ja.

Zamówiłem rozmowę przez morską centralę w Kingston; w ciągu pięciu minut rozmawiałem z gościem w Palm Beach który sprzedał mi detektor.

Udało mi się jakoś mu przekazać, że inni ludzie mogą nas słuchać. Powiedziałem mu, że "radio", które kupiłem, na początku działało bez zarzutu, odbierało głośno i wyraźnie, ale gdy namierzaliśmy już właściwą stację, gubiliśmy sygnał.

- Pan dzwoni z łodzi? - Spytał.

- Tak.

- I próbuje pan używać "radia" w pobliżu słonej wody?

- Tak.

Sukinsyn zaczął chichotać.

- Panie Moore, przykro mi. Gdyby mi pan to powiedział wcześniej, to oszczędziłbym panu mnóstwa problemów. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno, ale musi pan zrozumieć ,że sól jest minerałem, stabilnym składnikiem sody i chloru. We właściwych warunkach będzie cholernie piszczało w pańskim "radiu".

Poczułem nagle, że już nie chcę z nim rozmawiać. Podziękowałem i rozłączyłem się.

Wszyscy na łodzi słyszeli naszą rozmowę. To była dla nas gorzka lekcja, ale chyba najważniejsza dla Howarda. Już nigdy więcej nie będzie traktował niepoważnie poszukiwań skarbów.

Tego dnia już nie wróciliśmy do naszych poszukiwań, ale po dobrze przespanej nocy zaczęliśmy przeczesywać inne części wyspy. Schemat wciąż się powtarzał: mocne i wyraźne sygnały, godziny kopania, po czym kolejne doły z chlupiącą słoną wodą. Zadziwiające, ale wszyscy przystopowali z piciem alkoholu. Pracowaliśmy kolejne cztery dni, tak, że część wyspy wyglądała jak pobojowisko.

Tego wieczoru, Tony i Peggy Oxenbury oświadczyli , że rano odpływają. Howard i ja zdecydowaliśmy, że zostajemy, więc następnego dnia przenieśliśmy nasze zapasy z Belaire na Intermezzo, żegnając Oxenburych, Desa i dwóch robotników.

Tego dnia, gdy Linda jeszcze spała, Howard zabrał detektor i zaczął szukać w innej części wyspy. Ja popłynąłem małą łódką z Barbie i Creolem do wysepki naprzeciw tej, na której pracowaliśmy. Była kompletnie pozbawiona roślinności, ale to właśnie działało odświeżająco. Gdy szliśmy po plaży Creole nagle zamarł w miejscu, rzucił się na kolana i zaczął gorączkowo rozgrzebywać piasek. Myślałem, że zwariował. W ciągu minuty lub dwóch wykopał dziurę głęboką na jakieś trzydzieści centymetrów i szeroką na pięćdziesiąt, a w niej wiła się cała masa świeżo wyklutych żółwików, które za dzień lub dwa miały się wydostać na powierzchnię i ruszyć w stronę morza. Creole przyniósł ze sobą worek i zanieśliśmy jakąś setkę tych maleństw do łodzi. Wpuściliśmy je do zbiornika ze słona wodą na Intermezzo. by stworzyć zalążek nowej kolonii i ożywić zółwią populację w rejonie Port Antonio. (Oczywiście na Jamajce dostałem niezły opieprz od rządowych służb ochrony przyrody, choć nie wiedziałem, że naruszanie gniazd jest nielegalne. Dziś i tak sądzę , że żółwie znalazły lepszy dom dookoła Błękitnej Laguny.)

Następnego dnia, bez zbędnych dyskusji, zapakowaliśmy wszystko na pokład Intermezzo i odpłynęliśmy do domu.

Przez te wszystkie lata sporo myślałem o Morant Keys i wciąż jestem przekonany, że jest tam złoto. Teraz, kiedy skonstruowano już wykrywacze , które mogą zignorować sygnały pochodzące od słonej wody, nie byłby to głupi pomysł, żeby tam wrócić i jeszcze raz przeszukać wyspy. Ale nie jestem pewien czy mam na to dość odwagi. Może zrobi to kiedyś Howard dla przypomnienia sobie starych dziejów. W pewnym sensie, nasza ekspedycja na Morant Keys była niczym więcej jak kosztownym wygłupem. Ale wspominam ją z sympatią - nigdy nie zapomnę nieporównywalnego z niczym dźwięku, kiedy nasz detektor wskazał nam nasz pierwszy fałszywy sygnał.

Jeśli chodzi o Howarda, to doświadczenie musiało mieć dużo większe skutki, niż ktokolwiek z nas mógł wtedy przypuszczać. Był to, jak już powiedziałem wcześniej, prawdopodobnie punkt zwrotny w jego życiu. Oczami wyobraźni wciąż go widzę, jak spogląda na zostającą w tyle, podziurawioną przez nas wyepkę mówiąc:

- To tam jest. Na Boga, to tam jest....




Powrót do spisu treści.




Copyright © by Thesaurus News 2007.
All Rights reserved ®