"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem, ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona, albo wątpisz czy mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem, co stylem życia..."
- Howard Jennings

ŁOWCA SKARBÓW
Robin Moore i Howard Jennings


2. SZMARAGDY Z CHIQUINQUIRA


"KINGSTONJAM PRZEZ CABLE&WIRELESS
Z BOGOTY PRZEZ PANAMAPANA
84914 LT orm/wrk/ CAW 906PM

ROBIN MOORE
BŁĘKITNA LAGUNA
JAMAJKA ZACHODNIE INDIE

PRZYBYWAM NA JAMAJKĘ JUTRO STOP MOGĘ
POTRZEBOWAĆ TROCHĘ POMOCY STOP SPOTKAMY SIĘ W
HERBACIANYM DOMKU PPMM
POZDRAWIAM JENNINGS "

Taka była treść telegramu, który wysłałem Robinowi; miał go przed sobą na barku, gdy Linda i ja wróciliśmy do Błękitnej Laguny, gdzie rozpoczęło się polowanie na kolumbijskie szmaragdy. Robin wiedział o wszystkim od samego początku i miał być pierwszym, który usłyszy pikantne szczegóły. Dziesięć dni po fiasku w Morant Keys, Linda i ja wpadliśmy odwiedzić Robina w herbacianym domku na Błękitnej Lagunie. Było jeszcze za wcześnie na gin i whisky, więc rozejrzeliśmy się za zimnym piwem. W tym czasie na Jamajce, przynajmniej w rejonie Port Antonio, jedynymi miejscami, gdzie serwowano zimne piwo w zmrożonej szklance, był Reef Hotel Errola Flynna lub u Robina w Błękitnej Lagunie. Robin tam był, stukając na swojej maszynie do pisania, ale szybko ją odstawił i przyniósł nam piwa. Gadaliśmy tak sobie i żartowaliśmy przez jakieś pół godziny, kiedy nad Błękitną Lagunę podjechał samochód. Był to Abe Levy, nasz wspólny znajomy, który prowadził na wyspie kilka sklepów jubilerskich.

- I co chłopcy? Jesteście gotowi na nowe przygody? - Zapytał niewinnie.

Prawie każdy na wyspie wiedział już o naszej klęsce na Morant Keys, a wszystko przez Robina i te cholerne żółwie. Ostrzegałem go, żeby je tam zostawił, albo przynajmniej trzymał gębę na kłódkę, ale Robin lubi opowiadać. Zaczął się nimi chwalić i goście z rządu zwalili mu się na głowę jak tona cegieł.

- Nie - odpowiedziałem Abemu - I nie potrzebujemy też żadnych żółwi.

- Hmmm. W takim razie sądzę, że nie jesteście gotowi na nowe zakupy?

- Ja jestem - odpowiedziałem.

Sporo u Abego wydałem, kupując prezenty dla młodych dam, które spędzały ze mną wakacje. Linda jeszcze nie wiedziała, że dostanie kosztowny podarunek, ale już wkrótce miała się dowiedzieć. Wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć. Abe uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni swojej marynarki. Wyciągnął niewielki zamszowy woreczek i wysypał na barek pół tuzina lśniących szmaragdów.

- Spójrzcie na to - powiedział, a my patrzyliśmy. Lindzie błyszczały oczy, gdy oglądała kamienie i zacząłem się poważnie zastanawiać nad oprawieniem dla niej jednego z nich.

- Ile? - Spytałem.

- Szmaragdy dochodzą do pięciu tysięcy za karat - odpowiedział, jednak widząc, że się krzywię dodał szybko - mógłbym oszlifować jednego, powiedzmy dwa karaty za dwa i pół tysiąca... - Moje spojrzenie było znaczące i mówiło, że wciąż jest daleko od celu, więc spróbował dokończyć zdanie inaczej - ... ale śliczną parę kolczyków można by już mieć za osiemset.

Potrząsnąłem głową, ale wzbudziło to moją ciekawość.

- Skąd masz te kamienie? - Spytałem.

- Pochodzą z Kolumbii - odrzekł i opowiedział nam fascynującą historię o handlu szmaragdami.

Mówił o kopalniach w górach Cordilliera Oriental, na północ od Bogoty, gdzie wydobywa się ponad dziewięćdziesiąt procent światowych szmaragdów najwyższej jakości. Kamienie Abego pochodziły z kopalni Muzo w pobliżu miasta Chiquinquira, jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów na północ od Bogoty. W Chiquinquira mieszka około dziesięciu tysięcy osób i jakieś trzy tysiące w Muzo, a wszyscy praktycznie czczą szmaragdy, ponieważ ich wydobycie zapewnia, że większość mieszkańców ma zatrudnienie.

- Czczą szmaragdy? - Spytała Linda.

Abe uśmiechnął się.

- Szmaragdy mają długą historię, jako przedmioty kultu.

Wytłumaczył nam, że szmaragdom przypisywano moc leczenia epilepsji, biegunki, ułatwiania porodów, chronienia dziewictwa i odpędzania złych mocy. W starożytności ludność z Manty czciła podobno szmaragd wielkości strusiego jaja, który nazywali "Matką Szmaragdów". Dodał, że choć większość szmaragdów jest niewielka, to w leningradzkim muzeum znajduje się kamień ważący sporo powyżej dwóch kilogramów.

- A czy te twoje kamienie zostały tu przemycone? - Zapytałem.

Abe skinął głową.

- Droga jest trudna i niebezpieczna. Zaczyna się już w kopalniach.

Wyjaśnił nam, że kopalnie są kontrolowane przez państwo i że są dobrze pilnowane. Czasem ubodzy pracownicy kopalni zdołają ukryć kamień lub dwa, ale muszą być niezwykle ostrożni, bo strażnicy zastrzelą na miejscu każdego, u kogo znajdą schowany szmaragd. Gdy uda się już kradzież z kopalni, szmaragdy trafiają do pokątnych handlarzy w małych miasteczkach, gdzie są wycenione po raz pierwszy, zwykle na około jedną dwudziestą ich wartości handlowej. Od tego momentu, gdy kamienie wędrują z ręki do ręki, ceny zaczynają skakać w proporcjach matematycznych.

Handlarze z miasteczek regularnie wywożą szmaragdy na rynek do Bogoty, ale ich transport też jest najeżony niebezpieczeństwami. Drogi i linie kolejowe najeżone są punktami kontrolnymi, a w każdym z nich czekają źle wyszkoleni, dobrze uzbrojeni i niecierpliwi żołnierze. Inne drogi do Bogoty roją się od banditos, którzy uwielbiają łapać, okradać i zabijać przemytników. Kiedy wreszcie kamienie znajdą się w stolicy, zagrożenie znacznie się zmniejsza. Turyści przechodzą przez kolumbijską odprawę celną, prawie bez kontroli. Szmaragdy wartości stu tysięcy dolarów mogą być przeszmuglowane, owinięte damską bielizną w walizce. Latynoscy urzędnicy są bardzo ostrożni z dotykaniem bielizny kobiet gringo. Te konkretne szmaragdy należące do Abe, zostały dowiezione samolotem do punktu dystrybucji w Panamie, potem przemycone na pokładzie łodzi wiozącej banany do Port Antonio, gdzie kupił je Abe za $4000. Spodziewał się podwoić tę sumę w sprzedaży.

- Czy jest na to duży popyt? - Spytałem Abe.

- A czy tyłek świni to wieprzowina?

Robin dość szybko domyślił się, o co mi chodzi. Obaj byliśmy rozczarowani i nieco zawstydzeni naszą porażka na Morant Keys, tymczasem rysowała się szansa na odrobienie strat.

- Howard pyta, czy kupiłbyś od nas trochę szmaragdów gdybyśmy ci je przywieźli? - Spytał Robin.

Abe machnął w powietrzu ręką i dokończył swoje piwo.

- Robin, gwarantuję wam solidny profit na każdym dobrym kamieniu, który mi przywieziecie. - Stwierdził Abe.

Wyłowiłem uchem słowo "dobrym".

- Skąd mamy wiedzieć,które szmaragdy są dobre, a które nie? - Zapytałem. - Powinien pojechać z nami jakiś ekspert.

Abe potrząsnął głową.

- Howard, ja mogę zrobić z ciebie eksperta w kilka godzin, w moim sklepie w Kingston. Jeśli potraktujecie sprawę poważnie, to zadzwońcie do mnie.

Jak się możecie domyślić, potraktowaliśmy sprawę poważnie. Jak tylko Abe wyszedł, zaczęliśmy z Robinem snuć plany. Pierwszy pomysł, na jaki wpadliśmy zakładał przepłynięcie na Intermezzo przez Karaiby do portu w Barranquilla, na północnym wybrzeżu Kolumbii. Z początku pomysł wydawał się świetny, ale musieliśmy go zarzucić. Taki rejs pewnie kosztował by nas więcej, ze względu na zużyte paliwo, niż mielibyśmy profitu. Sportowy kuter jest świetny na jednodniową pogoń za marlinem niebieskim, ale nie jest to praktyczne rozwiązanie, by przepłynąć ponad półtora tysiąca kilometrów w tą i z powrotem podczas przemytniczej eskapady. Tak, czy inaczej, Linda nie lubiła zbytnio łodzi, wyprawa trwała by dość długo, a wydawca Robina naciskał na ukończenie najnowszej książki. W dodatku, wciąż byłem jeszcze zajęty formowaniem linii lotniczych na Jamajce.

Drugi plan polegał na wykorzystaniu samolotu Robina, dwu silnikowego Piper Apache , którego używał w celach czarterowych. To był piękny samolot do tego typu operacji. Nie byłoby nas tylko dwa lub trzy dni, a Linda uwielbiała latać prywatnymi samolotami. Tak też ustaliliśmy. Polecimy do Bogoty, kupimy trochę szmaragdów, zarobimy fortunę i uratujemy naszą dumę. Wszyscy byliśmy tym mocno podekscytowani. Byliśmy podekscytowani dokładnie do następnego dnia, gdy na Jamajkę przyleciał agent Robina i dostarczył ultimatum: Robin musiał natychmiast skończyć książkę. Robin próbował negocjować, ale agent był niewzruszony.

Tak, więc Robin musiał pozostać w Port Antonio. Pozostał jednak partnerem w całej operacji, przekazując mi $8000, co dało w sumie $16000 z którymi mogłem się wybrać na zakupy. Biorąc pod uwagę, że mieliśmy wyeliminować przemytników i pośredników, sądziłem, że możemy podwoić albo potroić naszą inwestycję. Gdy Robin wrócił do pisania swojej książki, spakowałem Lindę i udałem się do sklepu z biżuterią Abego w Kingston. Zarejestrowaliśmy się w hotelu "Myrtle Bank" i zadzwoniliśmy stamtąd do Abego. W ciągu pietnastu minut siedzieliśmy już w jego zatłoczonym biurze. Gdy, tak jak ja podczas ostatnich kilku lat, swój czas spędza się na poszukiwaniu skarbów, poznaje się miejsca, o których większość ludzi nawet nie wyobraża sobie, że istnieją. Ale nawet dla mnie zaplecze biura znacznego handlarza biżuterią, jest oszałamiającym miejscem. Są tam tuziny złotych przedmiotów, które po prostu sobie leżą i zbierają kurz; są diamenty i rubiny porozrzucane w najdziwniejszych zakamarkach, zawinięte w chusteczki higieniczne, albo po prostu leżące sobie niepozornie w nieużywanej popielniczce. Ale w biznesie jubilerskim jest także rodzaj organizacji. Abe wyciągnął, wykładaną czerwonym welwetem, tackę, na której leżały dwa tuziny szmaragdów w różnych fazach obróbki. Wysypał jakieś pół tuzina niewinnie wyglądających kamieni na chusteczkę.

- Tak właśnie wyglądają, gdy opuszczają kopalnie.

Spojrzałem na zielony kamień, który natura chroniła w żółtawej barwy skale macierzystej. Abe podał mi lupkę jubilerską, taką, którą podkłada się pod oko i spojrzałem na chłodne piękno szmaragdu. Linie przecinały kamień jak kanały na Marsie, a różne odcienie zieleni błyszczały i zmieniały się, gdy obracałem kamieniem pod światłem. W jego wnętrzu było życie. W tym miejscu i w tym momencie, zakochałem się w subtelnym i nieuchwytnym pięknie szmaragdów. Abe przerwał zaklęcie.

- Nie wyobrażaj sobie, że ekspertem zostaje się łatwo, Howardzie. Nawet ludzie, którzy są w tym biznesie od lat muszą polegać na połączeniu doświadczenia ze zgadywaniem. Ale ponieważ widziałem jak grasz w pokera, sądzę, że potrafisz zgadywać jak każdy.

- Zgadywanka?

- Dokładnie - Odpowiedział Abe. Wytłumaczył mi, że jedno puknięcie jubilerskim młotkiem może roztrzaskać biedny szmaragd na tysiąc bezwartościowych kawałeczków pokrytego chromem berylu. Wszystko zależało od tego, w jaki sposób zostaną zinterpretowane te linie napięcia wewnątrz kamienia.

- Ale nie jest to aż taka zgadywanka, jakby się mogło wydawać. Przede wszystkim jakość kamieni z kopalni Muzo jest niezwykle wysoka. Jeśli będziesz pewien, że szmaragdy pochodzą stamtąd, to jest duża szansa, że są w porządku.

Zgadywanki. Szanse. Nie chciałem myśleć w tych kategoriach. Przygotowywałem się do gry z $16000, a nie kilkoma dolcami na pokerowym stole.

Tego dnia spędziłem z Abe wiele godzin, spoglądając przez lupę, podczas gdy on tłumaczył mi szczegóły rozpoznawania szmaragdów. W końcu, gdy w mojej głowie kręciło mi się już od określeń typu "współczynnik załamania", "stopień nacisku", "specyfika masy" i jeszcze tuzin innych, zdjąłem lupę z oka i potrząsnąłem głową.

- Zbyt wiele trzeba się nauczyć Abe - stwierdziłem - na pewno przywiozę bezwartościowe kamienie.

Abe sięgnął do szuflady i wyjął mały woreczek. Wytrząsnął z niego na kawałek irchy dziesięć lub dwanaście kamyków, a potem z tacki stojącej przede mną dosypał nieobrobione szmaragdy, które oglądaliśmy wcześniej. Rozprostował irchę i powiedział

- A teraz wybierz szmaragd, a ja go obrobię. Te z woreczka są bezwartościowe.

Wiedziałem, że mógł sprzedać nieobrobiony i wadliwy szmaragd za $1000 lub $1500. Ale nie, jeśli kamień się rozpryśnie. Przez dziesięć minut przyglądałem się każdej sztuce. Wreszcie, pełen nerwów, wybrałem jeden i podałem mu go. Abe przyłożył do oka lupę, delikatnie usadowił szmaragd na małym kowadełku przed sobą i obejrzał wnikliwie, w rękach trzymając młotek i dłutko. Wreszcie głośno uderzył młotkiem i nagle na stole leżały trzy śliczne szmaragdy i mnóstwo małych kawałeczków. Kamień, który wybrałem okazał się być dobry. Moja pewność siebie wróciła, a w wyobraźni byłem już w Kolumbii.

Nasz samolot wylądował na lotnisku El Dorado w Bogocie, tuż przed jedenastą następnego dnia. Zarejestrowaliśmy się z Lindą w hotelu Tequendama i szybko odkryliśmy, dlaczego w niektórych pokojach zainstalowane są maski z tlenem: kochanie się na wysokości prawie dwóch i pół tysiąca metrów to prawdziwie zapierające dech w piersiach doświadczenie.

Lekki lunch z lokalnych owoców i butelki białego wina zrelaksował nas. Zadzwoniłem na portiernię i zamówiłem następna butelkę wina i porcję tlenu; po tym jak obie butelki zostały właściwie wykorzystane, zrobiliśmy to, co reszta mieszkańców cywilizowanej Bogoty, czyli popołudniową sjestę. Obudziliśmy się około siódmej, ubraliśmy w jedyne bardziej formalne stroje, które ze sobą zabraliśmy i zeszliśmy na dół. W tamtych czasach, kiedy faceci z amerykańskich koncernów wydobywających ropę wciąż rządzili tamtejszym rynkiem paliwowym, klub Tequendama był miejscem gdzie wszyscy się spotykali. W związku z moją dawną pracą dla Amerada Petroleum, miałem tam stałe zaproszenie i pomyślałem ,że pokaże Lindzie jak żyją gringos za granicą.

- Buenas noches, senor - powitał nas taksówkarz, gdy wyszliśmy z hotelu.

W Ameryce Południowej trzeba się pogodzić z tym, że zostaje się czasowym pracodawcą anglojęzycznego taksówkarza, zwykle tego z którym się jechało z lotniska po przylocie. Nasz miał na imię Jose.

- Buenas noches Jose - powiedziałem. - Chcemy jechać do ...

- ... Klubu? - dokończył , domyślając się, dokąd może chcieć się udać para wystrojonych Amerykanów. Roześmialiśmy się i wsiedliśmy do taksówki.

Klub Tequendama okazał się być oazą amerykańskiego chromu i plastiku, huczącą od rozmów o samochodach, dzieciach, telewizji, i polityce, oczywiście amerykańskiej. Znudzeni opowieściami o ekwipunku wiertniczym i drużynach rugby, wyszliśmy po dwóch drinkach. Gdy jechaliśmy z powrotem do miasta, Jose zapytał ostrożnie

- Czy jest pan tutaj w interesach?

- Przyjechałem by kupić szmaragdy... - Odpowiedziałem trochę dla żartu.

Roześmiał się, ale domyślałem się ,że wiedział, iż nie żartowałem. Nie odezwał się już ani słowem. Poprosiłem by zabrał nas do jakiejś miłej lokalnej restauracji. Było jasno i czysto a jedzenie smaczne. Gdy wyszliśmy z restauracji, Jose czekał na nas przy swojej taksówce w towarzystwie "znajomego".

- Senor, przedstawiam panu Palacio - powiedział.

Pewnie każdy ma jakieś własne wyobrażenie o tym jak powinien wyglądać typowy latynoski zbir. Wszystkie one pasowałyby do Palacio. Nie był typem gościa, z którym chciałoby sie ubić interes w ciemnej alejce, zwłaszcza, jeśli miało się przy sobie $16000 w gotówce.

- Handlujesz szmaragdami? - Spytałem Palacia.

- Czy on handluje szmaragdami? - Odparł Jose - Senőr, to jest Kolumbia. Oczywiście, że on handluje szmaragdami.

- Masz jakieś na sprzedaż? - Zapytałem.

- Czy ma jakieś na sprzedaż? Oczywiście, że ma, senor.

Spojrzałem groźnie na Jose.

- Niech on sam odpowiada - powiedziałem.

Jose spojrzał na mnie z wyrzutem.

- Palacio nie chce z panem rozmawiać - powiedział w urażonym tonie. Oczywiście. Właśnie po to przyszedł.

- Dlaczego? - Zapytałem cierpliwie.

- Senor - odparł Jose - Palacio sądzi, że jest pan policją.

W tym momencie założyłem, że mam do czynienia z amatorem; przecież chyba zawodowiec potrafiłby rozpoznać policjanta.

- On przyszedł do mnie, José. Powiedz mu, że jestem tylko typowym turystą ,który chce kupić trochę typowych szmaragdów, w typowo niskich cenach. A teraz, do cholery, albo ubijamy interes albo zawieź nas do hotelu - odpowiedziałem trzymając nerwy na wodzy.

Palacio nagle się ożywił.

- Ile potrzebujesz? - Spytał.

To już lepiej.

Palacio sięgnął do kieszeni i wyciągnął mały skórzany woreczek. Odwiązał go i wysypał kilka oszlifowanych kamieni na swoją brudną dłoń. W tym świetle mogły to być równie dobrze oszlifowane kawałki szkła z butelki po piwie. Zasugerowałem, żebyśmy pojechali do hotelu i obejrzeli je dokładniej. Palacio się zawahał.

- Przykro mi senőr - powiedział - ale nie mogę tego zrobić. Policja, rozumie pan.

- Nie, nie rozumiem senőr. Zacznijmy od tego ,że te kamienie są oszlifowane a ja chcę nieoszlifowane.

Po drugie, jest ich za mało. Potrzebuje więcej, znacznie więcej. Po trzecie... Palacio podniósł dłoń.

- Si senor. - Powiedział - Spotkajmy się w pańskim pokoju hotelowym. Jaki to numer?

- Spotkajmy się w holu - Odparłem. Nie zależało mi na tym ,żeby ten zbir przyszedł w trakcie naszej tlenowej sesji inhalacyjnej z Lindą.

- Si senőr. Będę tam za godzinę.

Już nigdy więcej nie zobaczyliśmy Palacia, ale mniej więcej około północy zadzwonił telefon. Męski głos przedstawił się jako Rojas i powiedział że jest szefem Palacio. Wyrażał się w zawoalowany sposób, by zmylić hotelowego operatora, który mógłby nas podsłuchiwać, ale czułem po głosie że to facet, który chce zrobić interes. Umówiliśmy się, że nazajutrz o ósmej zjemy razem śniadanie. Rano wstałem po cichu, pozwalając Lindzie się wyspać. Wziąłem prysznic, ubrałem się i zdążyłem zejść do restauracji na filiżankę kawy zanim przyszedł Rojas. Zamówiliśmy jajka i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Wreszcie zapytałem go

- Czy ma pan ze sobą jakieś szmaragdy?

Rojas był niskim i dość grubym gościem o okrągłej twarzy i oliwkowej cerze. Twarz wydłużyła mu się w szoku, a cera zmieniła kolor na różowy.

- Tutaj? - Wyszeptał.

Uśmiechnąłem sie.

- Chciałbym zobaczyć je u siebie w pokoju.

Rojas wyraźnie się rozluźnił i ruszyliśmy w stronę windy. W holu zauważyłem dwóch facetów starających się ukryć swoje twarze i wystającą broń za porannymi gazetami. Rojas zauważył, że na nich patrzę.

- Proszę się nie martwić senőr. To moi ludzie.

Martwiłem się. Te młode zbiry były uzbrojone. Postanowiłem dać im do zrozumienia, że nie byli potentatami na rynku z bronią. Rozpinając marynarkę i sięgając po chusteczkę, "przypadkowo" odsłoniłem swojego Smith & Wesson kaliber 38, który nosiłem w pokrowcu na ramieniu.

- Senőr, w Kolumbii nie powinien pan nosić broni. - Powiedział Rojas, gdy znaleźliśmy się w korytarzu.

- W Kolumbii nie powinienem także dać się zabić. - Odparłem.

Linda jeszcze spała gdy weszliśmy do pokoju. Nasze wejście zaskoczyło ją i szybko chwyciła kołdrę, by przykryć swą nagość. Ten moment zrobił na Rojasie duże wrażenie. Rzuciłem Lindzie jej peniuar i posadziłem Rojasa przy małym stoliku pod oknem, skąd miał nieskrępowany widok na Lindę, usiłującą założyć swój skąpy strój.

- A teraz pogadajmy. - Powiedziałem.

Rojas wyciągnął dwie duże, skórzane koperty ze swojej kieszeni i rozłożył na stoliku kilkadziesiąt różnej wielkości kamieni. Przyłożyłem sobie lupę do oka i zacząłem koncentrować sie na szmaragdach. Rojas koncentrował się na Lindzie. Myślę, że w tym momencie mojego życia nikt by mnie nie określił jako zawodowego szlifierza kamieni szlachetnych, ale gdy w grę wchodzi $16000 człowiek uczy się błyskawicznie. Momentalnie wykluczyłem większość kamieni oprócz siedmiu, reszta miała ewidentne skazy. Choć wiedziałem że szmaragdy są często cięte en cabochon, by w zaokrągleniu ukryć skazy, kamienie które oglądałem były przeznaczone na pierścionki i brosze i były cięte w tradycyjny, oktagonalny sposób. Jakiś zręczny kupiec może dostrzegłby jakąś wartość w kamieniach, które odrzuciłem, ale ja chciałem się trzymać tylko pewników. Siedem pozostałych szmaragdów wyglądała w porządku. Miały doskonały kształt i kolor, wysoki współczynnik załamania światła, choć nie miałem spektrografu, by sprawdzić rozproszenie koloru. Wyglądało na to, że po rozbiciu uzyska się płaskie powierzchnie. Zakładając, że kamienie pochodziły z kopalni Muzo, nie musiałem martwić się o ich twardość. Opracowałem prostą metodę mierzenia ciężaru gatunkowego. Odlałem ostrożnie wodę do probówki i wrzuciłem tam szmaragdy, które wyparły dziesięć milimetrów sześciennych wody. Wyjąłem je z probówki i zważyłem na niedrogiej, przenośnej wadze pocztowej. Ważyły niewiele ponad jedną uncję co, gdy przyjąłem wodę jako jeden, dało mi ciężar gatunkowy 2.9, dość dobry wynik dla szmaragdów. Gdy byłem już zadowolony, że prawdopodobnie znalazłem siedem dobrych kamieni, spojrzałem na Rojasa, który gapił się na Lindę.

- Senőr Rojas, chcę od pana dwóch rzeczy - powiedziałem.

- Si, Senőr Jennings. - Z niechęcią wrócił do bardziej przyziemnych rzeczy.

- Rojas - odezwałem się z jak najbardziej biznesowym tonem głosu - najpierw chcę, żeby dał mi pan nazwiska dwóch lub trzech handlarzy szmaragdami w Chiquinquira, a po drugie chcę, żeby z tych siedmiu szmaragdów, które odłożyłem wybrał pan to, co jest warte pięćset dolarów. Jestem pewien, że nie miał żadnego interesu w tym, żeby kontaktować mnie z bezpośrednimi handlarzami z Chiquinquira, ale w tym momencie był zbyt zaskoczony moja ofertą cenową.

- Senőr Jennings - zaskomlał - w Kolumbii nielegalnym jest nawet posiadanie szmaragdów bez autoryzacji. Jeśli sprzedam panu te kamienie za mierne pięćset dolarów, nie starczyłoby mi pieniędzy na łapówkę dla policji, a gdyby mnie pan zdradził zostałbym zrujnowany finansowo próbując opłacić prawnika. Nie senőr, sprzedaż za tę cenę nie wchodzi w rachubę.

Zaczęliśmy negocjować.

Jeśli nigdy nie robiliście interesów z Latynosami, nie do końca możecie docenić określenie "negocjacje". W skład takich negocjacji wchodzi błaganie, przekonywanie, straszenie i zawodzenie, a wszystko to przerywane melodramatycznymi spojrzeniami i gestami rąk. Wreszcie Linda, która domyśliła się, że potrzebna jest jakaś dystrakcja, pojawiła się w pokoju i zaczęła nalewać drinki. Po wielu drinkach i godzinie dosyć chaotycznych targów, Rojas zgodził się wybrać cztery szmaragdy za łączną kwotę $1500. Nie spieszyło mu się jednak do wyjścia.

- Czemu chce pan jechać do Chiquinquira? - Zapytał.

- Bo jestem chciwy, tak jak pan - odpowiedziałem uśmiechając się.

Nastąpiła kolejna sesja burzliwej wymiany zdań, podczas której Rojas nie bardzo wiedział co ze sobą począć; czy patrzeć dalej na Lindę czy wziąć moje $1500 Byłem już u kresu swojej cierpliwości.

- Do cholery Rojas, daj mi jedno nazwisko - nie wytrzymałem.

- Mogę mieć przez to spore kłopoty, Senőr Jennings - zajęczał.

Czekałem.

- Człowiek, z którym powinien się pan spotkać... - przerwał, rozejrzał się po pokoju i pochylił w moja stronę - nazywa się Don Oswaldo Lopez - powiedział wreszcie. Dałem mu $1500, pozwoliłem rzucić jeszcze jedno głodne spojrzenie na Lindę i wyprowadziłem z pokoju.

Godzinę później opuściliśmy hotel kierując się na dworzec kolejowy w Bogocie. Pociąg był bardzo prymitywny, wypełniony świniami, kurczakami, nagimi dziećmi i dość paskudnym odorem. Ponad sto pięćdziesiąt kilometrów do Chiquinquiry byłoby absolutnie nie do zniesienia gdyby nie dość liberalne zastosowanie jednej z butelek ginu,które zabraliśmy ze sobą jako ekwipunek survivalowy.

- Sporo tu żołnierzy - zauważyła Linda po upływie pół godziny.

Rzeczywiście. Zauważyła pierwszy z trzech punktów kontrolnych pomiędzy Bogotą a Chiquinquirą. Pociągi nie zatrzymywały się na nich w tę stronę, ale z powrotem musiały stawać na wszystkich trzech.

- Wracamy pociągiem? - Spytała.

- Jeszcze nie wiem.

Żołnierze byli standardowym produktem południowo-amerykańskich armii: brudni, nieogoleni, niezdyscyplinowani, w pogniecionych i niedopasowanych mundurach. Ich uzbrojenie także składało się ze źle dobranych pistoletów i kilku przestarzałych karabinów. Nic nie było takie samo, a większość można było nazwać złomem. Ale był to śmiercionośny złom.

Jedynej rzeczy jakiej brakowało w Chiquinquira to John Wayne. To było miasteczko z dzikiego zachodu, razem z końmi i mułami przywiązanymi przed domami dookoła niewybrukowanego głównego skweru, na którym hulał wiatr. Żołnierze byli wszędzie. Ludność była jak w technikolorze: biali, brązowi, czarni, Indianie, mulaci, ale mieli jedną cechę wspólną - wszyscy otwarcie nosili broń. Z moim pistoletem ukrytym pod pachą czułem się dość pruderyjnie.

- Howard, czy wciąż sądzisz, że to jest dobry pomysł? - Spytała Linda niepewnie.

- Nie, to nie jest najlepszy pomysł - odparłem - Chcesz wracać?

- Nie.

- Ja też nie.

Obserwowałem drzwi knajpy po drugiej stronie zatłoczonej ulicy. Otwierały się i zamykały jak pijani cywile i pijani żołnierze wchodzili lub wychodzili zataczając się, a każdy z nich miał tyle broni, że mógłby w pojedynkę eksterminować małą wioskę. Nie zamierzaliśmy odwiedzać knajp. Zauważyliśmy że przesłanie Fidela Castro dotarło do tych stron. "Castro si, Yangui no", było wypisane na kilku wychodkach, co świadczyło o godnej podziwu zwięzłości wypisujących slogany. Castro był wtedy jeszcze postrzegany jako rewolucyjny bohater, a Kolumbijczycy właśnie przeszli przez jedną z klasycznych rewolucji. Bukmacherzy obstawiali, że do następnej zostało co najmniej sześć miesięcy. W mieście były tylko dwie taksówki, obydwie to zabytkowe Chevrolety. Wybrałem tą, która zdawała się mieć mniejsze tendencje do samozniszczenia. Jeśli dopisze nam szczęście, to może nawet przetrwa naszą powrotną podróż do Bogoty, gdybyśmy znaleźli powód, by nie wsiadać do pociągu. W rzeczywistości, taksówka działała lepiej niż wyglądała. Kierowca, także już zabytkowy, był bardzo dumny z wnętrza swojej dwudziesto jedno letniej tragedii z cynkowej blachy.

- Zabierz nas do najlepszego hotelu w mieście - rozkazałem.

- Oczywiście, senőr.

Właściciel tego miejsca był albo romantykiem albo optymistą. Nazywało się to "Hotel Paris". Od tego czasu widziałem w Ameryce Łacińskiej wiele zarobaczonych przybytków, ale mało który był tak tragiczny jak hotel Paris.

- O mój boże - wyszeptała Linda, gdy pokazano nam nasz pokój.

- Taaak - stwierdziłem - ja również. Trudno. Jak wszystko się uda, to zmyjemy się stąd już jutro.

- Co to jest tam na podłodze?

Poznałem, że są to szczurze odchody.

- To tylko brud - powiedziałem nonszalancko.

- Czy te rzeczy tam, to są karaluchy? - Spytała wskazując na ścianę.

- Ja się nimi zajmę.

- Gdzie jest umywalka?

- Nie ma. Tu nie ma bieżącej wody.

- A toaleta?

- Pod łóżkiem.

- Howard, nie możemy tu spać - Linda była bliska płaczu.

- Poczekaj chwilę. Pójdę po jakieś prześcieradła i parę innych rzeczy.

Przyniosłem materiał na zasłony i puszkę trutki na insekty, które kupiłem w sklepie na skwerze. Cała puszka może powstrzyma lokalną hotelową faunę od ataku przez jedną noc - w materiale na zasłony mogliśmy spać.

Gdy doprowadziliśmy już nasz pokój do stanu ledwo nadającego się do zamieszkania, Linda zapytała:

- Howard, tak się zastanawiam...

- Nad czym?

- Jeśli to jest najlepszy hotel w mieście to jak musi wyglądać więzienie?

- Lepiej nie myśleć.

Nie miałem problemu z odnalezieniem mojego kontaktu. Na skwerze stał sklep z szyldem: DON OSWALDO LOPEZ, TOWARY ŻELAZNE I OGÓLNE. W myślach dodałem do szyldu: "Handel Kradzionymi Szmaragdami, Przypadkowe Zabójstwa na Zlecenie, Przystępne Ceny". W Ameryce Południowej określenie don oznacza kogoś, o pewnym statusie w lokalnej społeczności, więc Don Oswaldo to musiał być ten dobrze wyglądający, białowłosy dżentelmen siedzący na wysokim stołku z tyłu sklepu.

- Don Oswaldo?

- Si.

- Habla ingles?

- No.

Zawołał swoją śliczną czarnowłosą wnuczkę, by tłumaczyła naszą rozmowę. Jej ładne rysy i inteligencja czyniły z niej rzadkość w tym mieście i jej dziadek był z niej ewidentnie dumny. Bez ogródek oświadczyłem, że przyjechałem, by kupić nieoszlifowane szmaragdy. Nastąpiła gwałtowna wymiana zdań po hiszpańsku.

- Don Oswaldo mówi, by przyszedł pan wieczorem. Pokaże panu to, po co pan przyjechał - oświadczyła dziewczyna.

- Dobrze. Czy przyjdzie do hotelu by się z nami spotkać?

- Mój dziadek mówi, że nie jest to konieczne.

- Powiedz mu, że ja mówię, że to jest konieczne.

Nastąpiła kolejna dyskusja.

- Mój dziadek mówi, że może się z panem spotkać tylko tutaj.

Nie chciałem wpaść w pułapkę. Mieliśmy ze sobą prawie $15000, wystarczający motyw na tuzin morderstw. Ale zależało mi na kupnie szmaragdów. Jeśli Don Oswaldo tak przepadał za swoją wnuczką jak to się wydawało, to raczej nie odważy się przy niej na strzelaninę, rozważałem w myślach. Musiałem zgodzić się na jego warunki, albo wracać do domu z pustymi rękoma. Tego wieczora, zgodnie z planem, odbyło się nasze spotkanie. Don Oswaldo przyjął nas w mieszkaniu na zapleczu sklepu, mając za sobą dwóch zbirów mieszanej krwi, uzbrojonych w Kolty kalibru 45. Im mniejszy bandyta tym większy pistolet.

Jeden z nich mówił łamaną angielszczyzną, ale zignorowałem go. Nie chciałem stracić obecności dziewczyny. Nie poprawiło to samopoczucia tego rzezimieszka, ale dziewczyna została jako nasz tłumacz.

Rozdzielono szklanki z rumem i wodą i zajęliśmy się interesami. Stary wyciągnął zamszową torebkę i wysypał jej zawartość na stół. Nawet w kiepskim świetle, ciemnozielone błyski kilkuset małych szmaragdów sprawiły, że Linda westchnęła głośno. Też sądziłem, że były ładne, ale chciałem większych kamieni.

- Powiedz dziadkowi, że chcę zobaczyć większe.

- Dziewczyna przetłumaczyła i stary skinął głową. Powiedział kilka słów po hiszpańsku.

Niezadowolony rewolwerowiec zniknął. Usłyszeliśmy jak schodzi po schodkach do piwnicy i jak porusza się gdzieś pod nami. Bez wątpienia w ich własnej, prywatnej kopalni szmaragdów. Wkrótce powrócił i podał Staremu kolejną zamszową torebkę. Tym razem było to dokładnie to, co nam chodziło: duże, nieoszlifowane kamienie ewidentnie wysokiej jakości. Zacząłem je oglądać, nie spiesząc się, i nawet Don Oswaldo wydawał sie być pod wrażeniem moich domorosłych technik i procedur. Każdy z tych kamieni mógł być pocięty na kilka klejnotów wystarczająco dobrych, by Liz Taylor była zadowolona przez tydzień. Wybrałem osiem, które uważałem za najlepsze z nich. Wtedy zaczęła się zabawa. Reszta nocy zeszła nam na negocjowaniu ceny. Miało już świtać, gdy złożyłem swoją ostateczną ofertę $12500 Zaakceptowali ją, narzekając. Taki obrót sprawy pozostawiał jedynie do rozwiązania mały problem: jak dokonać wymiany i nie dać się zastrzelić i jak opuścić kraj i nie dać się aresztować. Odwróciłem się do wnuczki, która miała wyraźne zaspane oczy.

- Powiedz Don Oswaldowi, że musimy wyruszyć w południe pociągiem do Bogoty, ale najpierw chcemy, by nasz kierowca zawiózł nas nad jezioro Fuquene, ponieważ słyszeliśmy, że jest piękne.

- Tak. Jest bardzo piękne - powiedziała.

Rzeczywiście takie było, o czym miałem się przekonać po drodze do Bogoty.

- Zapytaj go, gdzie chciałby dokonać wymiany?

Po kolejnej konferencji, odwróciła się do mnie.

- Mówi, że w pobliżu jeziora leży wioska o nazwie Susa. Mówi, że będzie tam o dziewiątej, dziś rano.

- Dobrze. Ma być tylko on z kierowcą i musi zabrać także ciebie. Zgoda?

Dwuosobowy szwadron śmierci był ewidentnie niezadowolony.

- Mówi,że się zgadza.

- Dobrze. Do zobaczenia później. Dobranoc. - Linda i ja podnieśliśmy się zmęczeni.

Wróciliśmy pieszo do hotelu, gdzie insekty walczyły rycersko z wojną chemiczną i co najgorsze zdawały się zwyciężać. Jednak nie czekała nas walka wręcz z karaluchami z Chiquinquiry. Była szósta rano. Linda i ja usiedliśmy na łóżku i zacząłem zastanawiać się nad sytuacją. Don Oswaldo i jego kowboje wiedzieli już, że mam przy sobie co najmniej $12500 Wiedzieli także, że znam tożsamość przynajmniej jednego pośrednika, Rojasa, pomiędzy przemytnikami szmaragdów, a rynkiem w Bogocie. Czy dla Don Oswalda nie byłoby sensowniej urządzić na Amerykanina zasadzkę gdzieś poza miastem, usunąć zagrożenie dla jego bezpieczeństwa i w tym samym momencie uwolnić martwego Amerykanina od znacznej sumy pieniędzy? Odpowiedź przyszła natychmiastowo. To naprawdę miałoby wielki sens.

Wstałem gwałtownie i postawiłem Lindę na nogi.

- Idziemy - powiedziałem - ja poniosę torby.

- Dokąd? Dlaczego? - Spytała zaspana.

- Znajdziemy naszego nieustraszonego taksówkarza zanim znajdzie go Don Oswaldo, a potem ruszymy na wczesno poranną wycieczkę krajoznawczą.

Wychodząc z hotelu, ruszyliśmy w kierunku otwartego garażu, gdzie wynajęliśmy nasz starożytny pojazd i jego kierowcę. Szyba w Chevrolecie była opuszczona, więc sięgnąłem do środka i nacisnąłem na klakson. Z baraku za garażem, ktoś zaczął narzekać po hiszpańsku.

- Hej, zbudź się senőr - zawołałem, gdy w oknie pokazała się głowa - czas ruszać w drogę - Dla lepszego efektu powachlowałem kilkoma dolarami.

- Si. Momento - krzyknął, gdy wrzucałem nasze bagaże do tyłu samochodu.

Nasz kierowca zameldował się przy samochodzie dziesięć minut później, ubrany w swój wyświechtany strój szofera, który najwyraźniej dawał mu poczucie wyższości w mieście. Wyjąłem mapę i wskazałem na Jezioro Fuquene. W moim łamanym hiszpańskim, powiedziałem mu, że ja i moja towarzyszka dużo słyszeliśmy o tym pięknym jeziorze i że chcielibyśmy go zobaczyć, ale tak ,by zdążyć na pociąg do Bogoty odjeżdżający w południe. Upewniłem się, że zrozumiał, że zależy nam na odjeździe właśnie tym pociągiem. Nasz kierowca pokiwał głową. Stwierdził, że mamy mnóstwo czasu i na pewno zdążymy na pociąg. Otworzył nam drzwi taksówki i wsiedliśmy. Linda przytuliła się do mnie na tylnym siedzeniu.

- Czas na drzemkę Howardzie - ziewnęła zamykając oczy.

- Nie teraz kochanie, przykro mi - Nachyliłem się do przodu i powiedziałem naszemu kierowcy, że chcemy najpierw jechać do lokalnej cantina.

- Wolę spać niż jeść - zaprotestowała Linda.

- Będziemy teraz kompletni turista, moja droga. Zafundujemy sobie miłe, spokojne śniadanko, na zupełnym luzie, tak żeby widziało nas całe miasteczko.

Postawiono przed nami śniadanie niewiadomego pochodzenia, które jakoś udało nam się przełknąć, popijając je czarną kawą.

Tak jak się tego spodziewałem, nasz taksówkarz wdał się w rozmowę z przechodzącym obok znajomym. Usłyszałem tyle, żeby zrozumieć, że razem z Lindą jesteśmy przedmiotem ich dyskusji. Dokąd gringo jedzie? Nad jezioro. Kiedy gringo wraca? O jedenastej, by zdążyć na pociąg. Kiedy weszliśmy ponownie do taksówki zerknąłem kierowcy przez ramię i zauważyłem, że wskazówka stanu paliwa pokazuje na pół zbiornika. Nie wystarczy nam, żeby dojechać do Bogoty, ale miałem nadzieję, że zdołamy dojechać do pierwszej stacji benzynowej po drodze. Gdy zbliżaliśmy się do brzegów pięknego jeziora Fuquene, sprawiłem taksówkarzowi pierwszą z wielu niespodzianek, które miały go czekać tego dnia. Zapominamy o jeziorze, wyjaśniłem, i ruszamy do małej mieściny o nazwie Susa, którą zawsze chcieliśmy zobaczyć. Kierowca trochę pomarudził, ale minął jezioro. Susa składa się z trzech zakurzonych, porytych koleinami ulic, z których dwie biegły równolegle do głównej drogi, a trzecia prostopadle do pozostałych dwóch. Zaparkowaliśmy samochód na prostopadłej i w ten sposób był on niewidoczny dla samochodów poruszających się po głównej. Byliśmy, tak jak to zaplanowałem, godzinę przed czasem. Od tej pory chciałem zaobserwować każdą osobę i pojazd zbliżający się od strony Chiquinquiry.

Miejscowa cantina miała okna wychodzące na główną drogę i po raz drugi tego ranka zaryzykowaliśmy biegunkę zamawiając kilka filiżanek kawy. Na drodze prawie nie było ruchu. W połowie drugiej filiżanki kawy, z kierunki Chiquinquiry nadjechał zdezelowany pick-up i zatrzymał się w tumanach kurzu. Wysiadło z niego dwóch facetów z karabinami i weszło do domu naprzeciw naszej cantiny. Rozpoznałem ich obu: Jednym był ten anglojęzyczny kowboj z ubiegłej nocy, drugim był dżentelmen, który tak był zainteresowany poznaniem naszego planu dnia w czasie, gdy jedliśmy śniadanie.

- Co teraz zrobimy, Howard?

- Cóż, możemy zwiać teraz do Bogoty, ale czemu tracić wszystko co osiągnęliśmy do tej pory? Najlepiej niech myślą, że chcemy zdążyć na ten pociąg, a my zaczekajmy na Starego. Może uda nam się go nakłonić do innych rozwiązań.

- Naprawdę tak sądzisz?

- To najlepszy plan jaki jestem w stanie wymyślić. Jeśli uda nam się usunąć tych dwóch z miasta i zamknąć sprawę z Don Oswaldo, to ich wykiwamy i przygotują na nas zasadzkę w złym miejscu.

Don Oswaldo przybył tuż po dziewiątej. Wyjąłem swoją trzydziestkę ósemkę z pokrowca i wsadziłem sobie za pasek, a potem podszedłem do jego dżipa, który stał zaparkowany przed domem, do którego weszło tych dwóch zbirów.

W samochodzie siedział dziadek ze swoją wnuczką.

- Powiedz swojemu dziadkowi, że ma pięć minut, by zabrać tych dwóch caballeros z tego domu albo koniec z naszym biznesem.

- Mój dziadek bardzo przeprasza, ale w ogóle nie rozumie, o czym pan mówi.

- Powiedz dziadkowi, że jeśli mnie natychmiast nie zrozumie, idę do żołnierzy.

Stary don zrozumiał. Bez słowa wysiadł z samochodu i wszedł do domu, z którego po chwili wyszło dwóch opryszków. W milczeniu wsiedli do swojego starego pick-upa i odjechali w kierunku Chiquinquiry. Podejrzewałem, że przejadą jedynie kilkaset metrów w tamtym kierunku.

- A teraz, Don Oswaldo, czy nadal jest pan zainteresowany sprzedażą swoich szmaragdów? - Zapytałem.

- Czemu nie?

Dokończyliśmy naszą transakcję na bocznej uliczce, siedząc na tylnym siedzeniu naszej taksówki. Położyłem swój pistolet na kolanach i wręczyłem staremu złodziejowi $12500 w banknotach stu dolarowych. Dziewczyna dała mi szmaragdy. Obejrzałem je, by stwierdzić, że były to te same sztuki, które oglądałem ubiegłego wieczora, a w tym czasie stary liczył pieniądze, banknot po banknocie, trzy razy. Miał z tego pewnie $10000 profitu, ale nigdy nie widziałem nikogo bardziej szczęśliwego z zarobienia $10000

- Okej - powiedziałem, uśmiechnięty i zadowolony - nie chcę pana popędzać, ale chcielibyśmy jeszcze zobaczyć piękne jezioro Fuquene zanim złapiemy pociąg.

Don Oswaldo nie odzywał się przez cały czas, ale gdy odchodził do swojego samochodu wyglądał na podejrzanie zadowolonego. Patrzyliśmy jak samochód Don Oswaldo zginął w gęstym kurzu na drodze do Chiquinquiry. Nasz kierowca odwrócił się do nas i zapytał kiedy chcemy wracać na nasz pociąg. Zauważyłem, że jego wzrok był utkwiony w moim rewolwerze, który leżał obok na siedzeniu. Sięgnąłem do portfela i wyciągnąłem stu dolarowy banknot, który skierowałem w jego stronę. Jego oczy przesuwały się z rewolweru, na banknot i na mnie. Uśmiechnąłem się przyjacielsko.

- Bogota - powiedziałem i wskazałem na kierunek przeciwny do Chiquinquiry.

Jego oczy spoczęły na chwilę na pistolecie, po czym uśmiechnął się niepewnie biorąc mój banknot.

- Si - powiedział - Bogota.

Silnik zakaszlał i po chwili opuszczaliśmy miasteczko. Gdy byliśmy już na drodze do Bogoty, zacząłem się często oglądać za siebie, ale tumany kurzu uniemożliwiały stwierdzenie, czy ktoś nas śledził. Pierwszy punkt kontrolny znajdował się szesnaście kilometrów na południe od Susy. Obliczyłem, że z prędkością z którą jechaliśmy mamy jakieś dwadzieścia pięć minut na bezpieczne ukrycie szmaragdów. Musiałem trochę pomyśleć.

- Daj mi swój aparat - powiedziałem do Lindy.

Podała mi swojego staromodnego Kodaka. Wyjąłem film i wyrwałem kilka części z wnętrza aparatu. Włożyłem tam szmaragdy, które akurat się zmieściły. Zatrzasnąłem z powrotem pokrywę i wręczyłem aparat Lindzie.

- Udanego fotografowania.

Dotarliśmy do punktu kontroli, którym był walący się barak podparty przez pół tuzina karykatur żołnierzy. Linda miała na sobie najkrótszą spódniczkę w swojej garderobie i wysiadając z taksówki wysunęła najpierw jedną, a potem drugą długą nogę. Wreszcie, stanęła obok samochodu z filuternym uśmiechem na twarzy. Nawet sam El Presidente nie mógłby liczyć na lepsze przyjęcie, niż to, które zgotowano Lindzie. Koszule szybko zostały włożone za paski, dłonie przeczesały włosy, brązowawe brudne wąsy przetarte wierzchem tłustych rąk. Dwóch żołnierzy zaczęło bez przekonania przeszukiwać samochód nie spuszczając z Lindy wzroku. Linda w tym czasie spacerowała dookoła samochodu, dając absurdalny pokaz kołysania biodrami. Wreszcie dokonała swojego coupe de maitre. Na migi pokazała, że chciałaby zrobić zdjęcie wszystkich tych przystojnych żołnierzy na tle ich wartowni. Byli zachwyceni! Z szerokimi uśmiechami, pokazując swoje połamane zęby, ustawili się przed budynkiem, spoglądając wprost do obiektywu. Aparat nawet nie kliknął we właściwym momencie. Ale to nie miało znaczenia. Mogła im robić zdjęcie używając rolki papieru toaletowego, a oni i tak by nic nie zauważyli. Żołnierze podnieśli nam szlaban i kazali jechać, machając i krzycząc na pożegnanie same komplementy. Po raz pierwszy od wielu godzin poczuliśmy, że możemy się odprężyć.

- Jak się spisałam? - Spytała Linda.

- Byłaś wspaniała. Powinnaś występować w filmach.

- Wiesz, to zabawne. W tej wiosce w ogóle się nie bałam. Nawet tych dwóch facetów z karabinami. I to chyba właśnie dlatego, że to było jak z jakiegoś scenariusza filmowego.

Droga była gorąca, kręta i pełna kurzu, a my bliscy wycieńczenia. Zapadliśmy w sen, Linda oparła głowę na moim ramieniu, a ja swoją o jej głowę. Obudziłem się godzinę później z niejasnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Przyczyną niepokoju był nasz kierowca, który wlókł się teraz jak żółw. Czemu? Czyżby znalazł sposób na zarobienie więcej niż sto dolarów z tego kursu? Trzeba się było jakoś zabezpieczyć. Chrząknąłem i przystawiłem mu lufę do karku. Nie chciałem go zbyt denerwować, więc w mojej lewej dłoni trzymałem $200

- Bogota - powiedziałem - Presto! Pronto! - Zamachałem pistoletem - Przesiadaj się. Ja poprowadzę.

Gdy samochód się zatrzymał przesiadłem się z tyłu za kierownicę.

- Co się stało? - Wymamrotała rozbudzona Linda.

- Co nam jeszcze zostało z alkoholi? - Spytałem, gdy już wznowiliśmy jazdę.

- To niezbyt dobry moment na drinka - odpowiedziała sprawdzając - Zobaczmy, jest jeszcze tylko jedna butelka wódki. To wszystko.

- Świetnie - powiedziałem - daj ją naszemu przyjacielowi.

Dziadek przestał narzekać i zaatakował butelkę z entuzjazmem. Był przyzwyczajony do białego rumu, który lepiej mierzyć w oktanach niż procentach. Wódka musiała mu się wydawać łagodna jak woda.

- Za ile dojedziemy do następnego punktu kontrolnego? - Spytałem.

- Za dwadzieścia minut - odpowiedział.

Zanim dojechaliśmy, nasz taksówkarz padł jak kłoda. Wypił pół butelki w piętnaście minut! Żołnierze z wartowni byli oburzeni. Biedni turistas, ich kierowca tak się spił, że muszą sami prowadzić taksówkę!

Dowodzący oficer szarpnął za drzwiczki samochodu i nasz taksówkarz wypadł na ziemię, chrapiąc i trzymając kurczowo flaszkę.

- To hańba dla naszego kraju - zawołał oficer i dla dodania wartości swoim słowom kopnął biednego sukinsyna w żebra. - Zamkniemy tego typa na długi czas.

- Hej, to naprawdę niepotrzebne - powiedziałem. - Tak czy inaczej, nie mogę po prostu wziąć jego taksówki. Jak ją odzyska?

- Proszę się nie martwić. Powie pan policji w Bogocie, a my powiemy jemu. Mieli państwo bardzo nieprzyjemne zdarzenie. Mam nadzieję, że nie popsuło to państwu wrażeń z pobytu w Kolumbii?

- Absolutnie nie, panie oficerze - powiedziałem obserwując jak dwóch żołnierzy wciąga kierowcę do wartowni - i dziękuję za pomoc.

- Cała przyjemność po mojej stronie, senőr. Adios.

Kiedy strażnica znikła nam już z oczu w obłokach kurzu wzbijanych przez naszą taksówkę, Linda okazała zdenerwowanie.

- Lepiej wydostańmy się z tego kraju zanim ktoś sprawdzi zeznania tego biednego kierowcy - powiedziała.

Kierowałem teraz bez stresu.

- Nie martwiłbym się tym. Kto to potwierdzi? Don Oswaldo? Jak myślisz, co by się z nim stało, gdyby znaleziono u niego szmaragdy albo $12500 amerykańskiej waluty?

Znaleźliśmy starą, zaniedbaną stacje benzynową, gdzie leciwy metys, używając ręcznej pompy, zatankował nam pełen bak paliwa. Resztę drogi do Bogoty jechałem dość szybko. Wróciliśmy znowu do hotelu Tequendama. Zaparkowałem taksówkę i przyłączyłem się do Lindy w holu. Było już późne popołudnie i następny samolot na Jamajkę odlatywał dopiero nazajutrz. W naszym pokoju, wzięliśmy razem długą kąpiel. Potem zamówiliśmy obiad do pokoju, ale ledwo udało nam się nie zasnąć czekając na drinki i jedzenie. Nie kończąc obiadu, oboje zalegliśmy w łóżku, zbyt wykończeni, by potrzebować tlenu.

Oboje mieliśmy przed oczami straszne wizje, jakby wyglądało kolumbijskie więzienie, gdyby nas złapano na przemycie szmaragdów z kraju. Nazajutrz, po potwierdzeniu rezerwacji i przejściu na salę odpraw, Linda powtórzyła swoją sztuczkę robiąc "zdjęcia" oficerom na lotnisku i kołysząc biodrami. Pomimo naszego zdenerwowania, wszędzie witały nas jedynie szerokie uśmiechy. Po południu wylądowaliśmy w Kingston, i po dwugodzinnej jeździe do Port Antonio, stanęliśmy w Herbacianym Domku nad Błękitna Laguną. Robin był zły widząc, nasze nic mówiące wyrazy twarzy.

- Robin, czy mogłabym zrobić ci zdjęcie? - Zapytała wesoło Linda.

- W dupie mam wasze zdjęcia; macie szmaragdy?

Linda i ja wybuchliśmy śmiechem. Linda otworzyła aparat i na barek wysypało się $12500 w szmaragdach.

- O cholera! - Krzyknął Robin. - Udało wam się!

Zadzwoniliśmy do Abe Leviego, zapraszając go na kolację i szmaragdowe zakupy. Robin, szczęśliwy, że nasza podróż zakończyła się sukcesem, a także dlatego, że tego samego popołudnia skończył pisać swoja książkę, wystawił prawdziwą ucztę. Abe przyjechał tuż po siódmej, ale nie chcieliśmy mu pokazać kamieni, aż wszyscy zjedli deser. Delektowałem się satysfakcją z mojego pierwszego udanego przedsięwzięcia jako łowcy fortuny. Gdy przed nami stała kawa i Tia Maria, a służba została odprawiona, odkryłem naszą zdobycz. Abe wyjął swoja lupę. Gdy przyglądał się kamieniom, my sączyliśmy nasze drinki. Poczułem wtedy pierwszy przypływ niepewności. Czemu, do cholery, tak długo je ogląda? Właśnie wtedy, gdy miałem już okazać moje poirytowanie, Abe podniósł głowę znad kamieni.

- Te klejnoty są przepiękne - W jego głosie słychać było prawdziwy zachwyt.

Odetchnęliśmy głośno z Robinem. Abe zaczął robić notatki.

- Wezmę dwa mniejsze kamienie, po tysiąc za sztukę. - Powiedział. Kamienie od Rojasa były dołączone do tych większych od Don Oswaldo.

- Po tysiąc dwieście? - Zapytałem.

- W porządku - odpowiedział.

Trzymając w dłoni większe kamienie oznajmił

- Wezmę dwa z ośmiu. Dam wam po pięć tysięcy za sztukę.

Robin i Linda wciągnęli głośno oddech; nie powiedzieliśmy Abe za ile kupiliśmy szmaragdy.

- Sześć za każdy - powiedziałem.

- Pięć i pół - odpowiedział.

Zgodziłem się. Prawie pokryliśmy już naszą inwestycję i wydatki, a wciąż mieliśmy garść szmaragdów na sprzedaż.

- Chciałbym je wszystkie kupić - stwierdził Abe przepraszającym tonem - ale teraz nie mogę. W przyszłym tygodniu przyjeżdża pewien kupiec i skontaktuje was ze sobą.

Zanim Abe wyszedł, wsunąłem mu dwa mniejsze szmaragdy i poprosiłem, by zrobił z nich parę kolczyków dla Lindy. Będzie miała właściwą pamiątkę ze swojej podróży do Kolumbii i pobytu u mnie. Następnego tygodnia pojechaliśmy wszyscy do Kingston, by spotkać się w biurze Abego z kupcem, przybyłym z Nowego Jorku. W ciągu niecałych pietnastu minut zaakceptowaliśmy z Robinem $45000 za pozostałe szmaragdy i wyszliśmy z czekiem w dłoni.

Tego popołudnia wsadziłem Lindę do samolotu, do jej domu w Nowym Orleanie, a Robina do Nowego Jorku, dokąd wyruszał w gąszcz wydawniczej dżungli. Gdy wracałem do Port Antonio, przed oczami miałem obrazy skarbów i cennych klejnotów. Wiedziałem, że już nie będę bawił się w dewelopera nieruchomości. Przygoda, złoto i kosztowności było tym czego chciałem, przynajmniej na razie. Nie miałem wtedy jeszcze pojęcia dokąd zabierze mnie ta wizja w ciągu najbliższej dekady.




Powrót do spisu treści.




Copyright © by Thesaurus News 2007.
All Rights reserved ®