"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem, ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona, albo wątpisz czy mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem, co stylem życia..."
- Howard Jennings

Łowcy skarbów
Howard Jennings i Robin Moore
TN


Rozdział 3

PIRACKIE ZŁOTO Z WYSPY ROATAN

Drogi Robinie,

W poniedziałek wielkanocny zaprosiliśmy trochę osób na lunch i było by nam bardzo miło, gdybyś także nas odwiedził. Możesz śmiało zabrać ze sobą kilka osób. Do zobaczenia około pierwszej – strój na luzie.

Pozdrawiam serdecznie Bruce

Taką notatkę wsunięto mi pod drzwi gdy mnie nie było. Był poniedziałek wielkanocny i właśnie wróciłem z Nowego Jorku, spięty i gotowy na relaks. Miły lunch u Bruca Kellocka mógł mi dobrze zrobić. Dwójkę przyjaciół, którą chciałem ze sobą zabrać stanowił Howard i jakakolwiek ślicznotka, jaka była u niego podczas świątecznego weekendu. Trzecią osobą miała być Noel, smukła gwiazdka ze studia Paramount, która przyleciała ze mną z Nowego Jorku by pomóc mi się zrelaksować. Gdy zadzwoniłem do Howarda w słuchawce usłyszałem typowo brytyjski akcent.

-Moja droga – zacząłem – czy jest tam Howard? Robin Moore z tej strony.

- Nie jestem twoją drogą i on jest tutaj. Wydawało mi się że dziewczyna była zbyt wrażliwa. Jak się okazało, przerwałem małą chwilę „niedyskrecji”. Biedna dziewczyna. Dowiedziałem się że była pielęgniarką na wakacjach. Howard podszedł do telefonu.

- Cześć Robin. Kiedy wróciłeś?

- Przed chwilą i właśnie odebrałem zaproszenie na lunch od Bruca Kellocka. Chciałbyś się przejść?

- Jasna sprawa. Chciałbym poznać Kellocków.

- Świetnie. W takim razie weź swoją dziewczynę i spotkamy się u nich za godzinę. W porządku?

Przybyliśmy tam wszyscy tuż przed pierwszą trzydzieści. Gdy już przeprosiłem wszystkich za nasze spóźnienie i gdy wszyscy się sobie przedstawiliśmy, usiedliśmy by nadrobić trochę drinków które nas ominęły. Oprócz nas były cztery inne pary: Oxenburowie, lekarz z żoną i inni, których już nie pamiętam. Z początku lunchu pamiętam zainteresowanie wszystkich synem Bruca Kellocka i jego niezwykłą kolekcją zabawek, które sam składał z różnych elementów. Chłopiec miał prawdziwy talent konstruowania różnych dziwnych rzeczy. W czasie, gdy kobiety plotkowały, mężczyźni grawitowali magnetycznie w kierunku wystawionych na pokaz zabawek. Bruce był prawdziwie dumny ze zdolności swojego dziecka. Niedługo potem tematem rozmowy stały się wykrywacze metalu i nasza męska grupka przeniosła się na taras.

- Wy dwaj musicie znać się na waszych wykrywaczach – stwierdził raczej niż zapytał Bruce.

Po Morant Keys bardzo mocno starałem się, by usunąć z mojej głowy detektory metalu i wszystko co się z nimi wiąże ,ale Howard z radością postanowił rozwinąć wątek.

- Właśnie kupiłem nowy w Miami – powiedział – i jest świetny. Szukam dookoła St.Thomas i jestem przekonany że Morgan zakopał skarb na terenie swoich włości. Howard mówił dalej, tłumacząc ,że gdy Morgan rzucił piractwo i został Porucznikiem Gubernatorem Jamajki, dostał tysiące akrów ziemi w St. Thomas.

- Tam po prostu musi być skarb. Howard zaczynał brzmieć jak człowiek opętany.

- Wymyśliłem pewien plan...

Howard mówił i mówił a ja wróciłem do salonu by się upewnić, że Tony Oxenbury nie zbliża się zanadto do mojej gwiazdki. Gdy stwierdziłem ,że mojej własności nic nie grozi i po wypiciu z nią szybkiego drinka, znów znalazłem się na tarasie. Teraz mówił Bruce Kellock.

- ... i wygląda na to że po złupieniu Panamy w 1671 roku Morgan udał się na Bay Islands u wybrzeży Hondurasu. Tak się przynajmniej uważa. Howard był wyraźnie poruszony.

- Robin – powiedział – Bruce właśnie nam opowiedział o potężnym skarbie znalezionym w 1935. Znaleźli go używając okrętowego kompasu jako wykrywacza.

Wiedziałem co nieco o morskich i powietrznych kompasach. Choć igła może się nieznacznie odchylić, jeśli w pobliżu magnesu położymy kawałek metalu to ,żeby kompas zareagował na coś co jest zakopane np., na głębokości metra musiałaby to być cholernie duża masa metalu. Najwyraźniej miałem sceptyczną minę.

- Zapomniałem dodać ,że skarb był w złocie, srebrze i szmaragdach i był zakopany w dużych metalowych skrzyniach. Całkiem spora koncentracja w jednym miejscu. Sądzę ,że coś takiego mogło wpłynąć na igłę kompasu – uśmiechnął się Bruce.

- Możliwe – powiedziałem – To by także wywołało niezłe poruszenie, gdyby taka masa złota nagle znalazła się na rynku. Ale opowieść jest super.

- Bruce, przypomnij mi jeszcze jak się nazywała ta dziewczyna? – Spytał Howard.

- Sammy Mitchell-Hedges.

Najwyraźniej Fryderyk Mitchell-Hedges był brytyjskim archeologiem, który kierował ekspedycją mającą na celu eksplorację pozostałości po cywilizacji Majów w Hondurasie w Ameryce Centralnej. Zaciekawiony możliwością życia Majów na niektórych wyspach, wybrał się na wyspę Roatan u wybrzeży Hondurasu. Zabrał ze sobą swoją przybraną córkę Sammy i człowieka o którym wiemy tylko, że nazywał się „Doktor Ball”. Ta trzyosobowa ekspedycja, której pomagało kilku lokalnych pracowników, zaczęła się koncentrować na miejscu zwanym „Port Royal”. Taką nazwę nadali mu piraci, którzy wcześniej mieli swoją bazę w Port Royal, sławnym „Mieście Grzechu” na Jamajce. Podczas eksploracji zaczęto znajdować duże ilości pozostałości po piratach: kule armatnie, części muszkietów, klamry od butów i tym podobne. Jako rozrywkę, lub prawdziwe poszukiwania, Doktor Ball wyjął z jachtu Amigo, którym przypłynęli, kompas i zaczął chodzić na kolanach, próbując zastosować zasadę magnetyczności igły kompasu w celu wykrycia metalu. Znalazł typową ilość śmieci, aż do pewnego dnia, kiedy wydarzyło się coś niezwykłego. Pracując na jednej z większych, piaszczystych wysepek w porcie Port Royal, zauważył, że igła kompasu reaguje niezwykle gwałtownie. Poinformował o tym Mitchell-Hedgesa i obaj zaczęli kopać. Około trzydziestu centymetrów pod powierzchnią trafili na dużą żelazną skrzynię. Po rozbiciu zardzewiałych zamków podważyli wieko i ich oczom ukazały się fantastyczne skarby, złoto i klejnoty. Myśli o archeologicznej wyprawie zupełnie się rozwiały. Wyprawa naukowa przerodziła się w poszukiwanie skarbów. Znaleźli jeszcze dwie skrzynie i cała trójka zaczęła planować swoje dalsze posunięcia. Zakopali z powrotem skrzynie i zaczęli szukać dalej. Jednak ktoś z tubylców dowiedział się o znalezisku. Lokalni mieszkańcy wysp lubią dużo mówić i ktoś poinformował policję, w ich głównym baraku oddalonym o czterdzieści kilometrów, na drugim krańcu wyspy. Mitchell-Hedges był, jak rozumiem, czarującym mężczyzną potrafiącym zjednać do siebie wiele osób, w tym niektórych przedstawicieli lokalnych władz. Jeden z nich ostrzegł go, że policja chce nazajutrz dokonać inspekcji terenu ich poszukiwań. Mitchell-Hedges i Doktor Ball zdecydowali, że nie będą na nich czekać. Podczas wycieńczającej całonocnej operacji, wykopali dwie skrzynie i gdy tylko zaczęło świtać podnieśli żagle na Amigo i popłyneli w kierunku Hondurasu, 240 kilometrów na północny zachód. Amigo zacumowało w pobliżu niewielkiej rafy koralowej niedaleko portu Belize. Mitchell-Hedges popłynął do portu małą łódką i w kilka godzin później powrócił przywożąc sporą ilość desek. Gorączkowo zaczęli zbijać nowe skrzynie, by przenieść do nich znalezione skarby. Puste żelazne wyrzucili za burtę. Potem zarezerwowali miejsca na rejs parowcem do Nowego Jorku, a skrzynie niewinnie wnieśli do swoich kabin z etykietą „Zabytki Majów”. W Nowym Jorku, Mitchell-Hedges wystawił swoją część łupu na aukcji i uzyskał z niej $600 000.

Jego styl życia mocno się zmienił po powrocie do Anglii. Kupił zamek na wsi i poświęcił resztę życia na zbieraniu antycznych sreber i przebywaniu w towarzystwie osób z pierwszych stron gazet. Podobno Generał Eisenhower był gościem w jego domu podczas II Wojny Światowej. Czy takie historie mogą skłonić innych ludzi do szukania fortuny zakopanej w ziemi? To chyba oczywiste, że mogą. Z całą pewnością opowieść o Mitchell-Hedgesie pchnęła Howarda i mnie do następnej przygody. Ale ta nie od razu się rozpoczęła. Było to ponad rok później. Moja mała gwiazdka zostawiła mnie, by wyjść za producenta z Broadwayu, a angielska pielęgniarka Howarda śmigała teraz po oddziałach porodowych zmieniając pieluchy nowym małym Anglikom. W tym czasie Howard, zlikwidował wszystkie swoje nieruchomości na Jamajce i wyjechał do Anglii, by szybciej wydać swoje pieniądze. Moja książka odniosła skromny sukces i znalazłem się w Londynie negocjując prawa autorskie z brytyjskim wydawcą. Howard użyczył mi swojego mieszkania w czasie, gdy on podróżował po Europie. Miałem dwa dni do zabicia, ponieważ brytyjscy prawnicy tyle potrzebowali, by przejrzeć kontrakt składający się z trzech stron. Co robi wolny jak ptak pisarz z dwoma wolnymi dniami w Londynie? Chodzi do sławnych restauracji na kiepskie jedzenie, podrywa marginalnie atrakcyjne Angielki, obserwuje zmianę warty w Pałacu Buckingham, jest rozczarowany Big Benem i snuje się po British Museum. Snucie się po British Museum może trwać całe lata, a ja miałem tylko kilka godzin. Ale właśnie, gdy zbliżałem się już do końca mojego limitu czasu, który sam sobie nałożyłem, mój wzrok przyciągnęła piękna gablota wyłożona po brzegi przedmiotami Majów, niektóre z nich miały ten śliczny i ciepły kolor złota. Tabliczka, dyskretnie przytwierdzona do gabloty, informowała, że znalazcą tych bezcennych przedmiotów był Fryderyk Mitchell-Hedges. Bum! Momentalnie w swoich żyłach ponownie poczułem gorączkę złota. Wyobrażałem sobie, jak starszy mężczyzna ze swoją córką, otwierają te skrzynie i trzymają te masywne złote przedmioty w swoich dłoniach. W swoim czasie analizowałem wiele książek i dokumentów, więc pierwszą rzeczą, którą chciałem wiedzieć była dokładna lokalizacja znalezionego skarbu. Miałem luźny pomysł na powieść o znalezisku Mitchell-Hedgesa i chciałem wiedzieć więcej o Bay Islands. British Museum ma wszystko. W ciągu piętnastu minut, miły siwowłosy kustosz map prowadził mnie do sali kartografii. Uprzejmie wskazując na szeroką i wysoką do sufitu szafę, poinformował mnie, że pięć poziomych szuflad zawiera mapy rejonu Karaibów i że mogę je przeglądać jak długo mi się podoba. Potem zostawił mnie samego.

Trzy godziny później powrócił. Muzeum wkrótce zostanie zamknięte, powiedział, ale mogę wrócić jutro rano. Znalazłem pięć wspaniałych, starych map jak na przykład mapa z 1791 wykonana przez Porucznika Jeremiego Thorndyke, geodetę na służbie w Marynarce Królewskiej. Sprawdziłem pożółkłą kartę biblioteczną, z której wynikało, że ostatni raz ktoś patrzył na tę mapę we wrześniu 1843. Topograf wykonał ją w dużej skali. Jeden cal na mapie oznaczał pięćset stóp w terenie dookoła Port Royal, gdzie Mitchell-Hedges dokonał swego odkrycia. Na mapie były zaznaczone trzy wioski i dokładnie przedstawione domy i inne budynki. Czułem się, jak kosmonauta patrzący na społeczność, która istniała kilka wieków temu. Byłem teraz jeszcze bardziej zdeterminowany, by odszukać wszystkie dostępne informacje.

Następnego dnia byłem w muzeum równo z otwarciem. Z pomocą tego samego kustosza, odkryłem kolejne dwie stare mapy. Na jednej zaznaczona została cała wyspa Roatan, druga była planem konstrukcyjnym i przedstawiała rysunki budynków starego fortu Key (lub George Island, jak nazywały go niektóre mapy), który jest położony w obrębie Port Royal. Zamówiłem wysokiej jakości reprodukcje fotograficzne map i wróciłem do sekcji dotyczącej Majów, jednak nie znalazłem tam prawie żadnych informacjo o Mitchell-Hedgesie. W ciągu kolejnych dwóch dni odebrałem kopie map i wróciłem do negocjacji z moim londyńskim wydawcą. Nie byłem już tak zaangażowany w skarb z Roatan. Była sobota rano. Siedziałem w malutkiej kuchni Howarda, spoglądając na przemian na moją kawę z brandy i wyrzeźbione piękno Lady Margaret Stokes-Manning. Poznałem ją wczoraj na koktajl party i nieoczekiwanie zgodziła się spędzić ze mną noc. Siedziała teraz ubrana zaledwie w górę od piżamy Howarda. Ponieważ byłem w obecności arystokratki, miałem założony dół. Nie mówiliśmy zbyt wiele, bo nie było za dużo do powiedzenia. Noc była podniecająca i satysfakcjonująca, poranek jasny i przyjemny, a my wkrótce mieliśmy się rozstać. W piątek doszła wiadomość od mojego agenta w Nowym Jorku, że mogę zacząć wreszcie przygotowania do mojej pracy nad Zielonymi Beretami. Ten projekt zaczął się na Jamajce, gdy poznałem wice-prezydenta Lyndon-Johnsona podczas obchodów święta odzyskania niepodległości, które zbiegały się z otwarciem hotelu Sheraton w Kingston. Wice-prezydent lub jeden z jego doradców był na tyle miły, że czytał moją książkę Devil to Pay i zachęcił mnie do napisania książki o Wietnamie. Pchnął mnie przez biurokratyczny labirynt który musiał być pokonany, by otrzymać rządowe pozwolenia, niezbędne dla takiego projektu. Teraz wreszcie nadeszła zgoda, bym mógł wziąć udział w treningach Amerykańskiej Szkoły Jednostek Desantowych w Fort Benning, Georgia, niezbędny wymóg, by dostać się do centrum treningowego jednostek specjalnych: Zielonych Beretów. Miałem zostawić tę piękną kobietę i zameldować się w Fort Benning, by spędzić kilka miesięcy na trenowaniu, jak zostać zastrzelonym przez żądnych krwi partyzantów z Viet Kongu. Lady Margaret nachyliła się, by nalać sobie kolejną filiżankę kawy. W trakcie tego ruchu, luźna piżama rozchyliła sie trochę i zacząłem obliczać, ile czasu zostało mi do odlotu mojego samolotu Pan Am do Nowego Jorku. Szorstki dzwonek przestraszył nas i nagle nie byliśmy już sami. Howard wrócił do domu z kontynentu. Lady Margaret zabrało jakieś cztery i pół sekundy zanim wykrztusiła z siebie zawstydzone „Bardzo mi miło pana poznać” do Howarda, po czym zbiegła do sypialni by się ubrać. Howard uśmiechnął się do mnie szatańsko i nalał sobie kawy.

- Bardzo ładna – stwierdził.

- Dzisiaj wracam do Stanów – powiedziałem.

- Cholera Robin, zostań. Zabawimy się przez kilka dni.

Opowiedziałem mu o swoim projekcie Zielone Berety i zrozumiał o co chodzi. Skinął głową w kierunku zamkniętych drzwi od sypialni.

- Czy miałbyś cos przeciwko, jeśli ja...? – Zapytał.

- Cokolwiek zdecyduje ta dama, ja zaakceptuję – odpowiedziałem śmiejąc się – Tam gdzie jadę nie ma miejsca na kobiety. Na skarby też nie.

Będąc dumnym ze swoich badań, pokazałem mu reprodukcje map. Przez następna godzinę Howard studiował mapy, praktycznie ignorując damę i mnie. Ubrałem się, spakowałem i zakomunikowałem, że zawołam taksówkę na lotnisko. Gdy Howard zaoferował się zawieźć mnie na Heathrow, wiedziałem że coś mu chodzi po głowie. Nasz trójka opuściła mieszkanie Howarda na Marlborough Hill i wsiadła do jego Jensena, najbardziej pożądanego wtedy samochodu w Angli, wartego $15 000 Nie był jakimś maniakiem samochodowym ,ale lubił poruszać się w odpowiednim stylu. Podczas jazdy zabawiał Margaret rozmową , nie wspomniał jednak o mapach, które mu zostawiłem. Zaparkował pod znakiem ZAKAZ PARKOWANIA i weszliśmy na salę odpraw. Powiedziano mi ,że mam jeszcze ponad godzinę do odlotu więc ruszyliśmy do sali dla gości z biletami Pierwszej Klasy ,by skorzystać z darmowych drinków. Po kilku minutach rozmowy, Margaret wyszła na chwilę by przypudrować nos. Gdy tylko odeszła od stolika, Howard zniżył głos i odwrócił się do mnie.

- Poszukajmy tej brakującej skrzyni.

- Brakującej skrzyni? Jakiej brakującej skrzyni? – Zapytałem.

Howard wyjaśnił i było to bardzo kuszące. Ale musiałem wsiąść do tego samolotu więc zostawiłem tam Howarda z piękną damą i jeszcze jedną rzeczą której pożądał – tropem skarbu.

Robin nie mógł wiedzieć, że skontaktowałem się z Sammy Mitchell-Hedges, przybraną córką zmarłego archeologa-poszukiwacza skarbów który znalazł skrzynie na Roatan. Nie mógł także wiedzieć o skrzyni złota, której nie mogli ze sobą zabrać. Ja dowiedziałem się o tym dopiero, gdy odwiedziłem Sammy Mitchell-Hedges w Reading. Miesiąc przed spotkaniem z Robinem w moim mieszkaniu wybrałem się z młodą Angielką na wyścigi do Ascot i zostałem zaproszony do ich loży by poznać rodzinę. W trakcie rozmowy, wspomniałem o Fryderyku Mitchell-Hedges i jak się okazało, jeden z gości znał jego córkę, Sammy i zasugerował, by do niej zadzwonić. Mój telefon tego wieczora zaowocował zaproszeniem na herbatę i ta herbata zaowocowała intrygującym odkryciem. Dom Sammy w Reading nie był tym okazałym domem, który był centrum bujnego życia towarzyskiego w ostatnich latach życia jej ojca. Wydawał pieniądze z rozmachem i w chwili swej śmierci owoce jego przypadkowego znaleziska na Roatan, znacznie zmalały. Koszty pogrzebu i postępowanie spadkowe jeszcze to uszczupliło. W Anglii mówi się, że fortuna rodziny może być stracona przez trzy śmierci w ciągu dwudziestu lat; w rzeczywistości jedna śmierć wystarczy by wymazać do dziewięćdziesięciu sześciu procent własności i kapitału. Sammy żyła na resztkach mocno nadgryzionego majątku. Żyła jednak godnie, w ślicznym domu o godzinę drogi od Londynu. Usiedliśmy w jej salonie i gdy dokonała już rytualnego „rozlania”, zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziała mi o dniu ,gdy wypłynęli Amigo z Port Royal.

- Załadowanie pierwszej ze skrzyń na pokład Amigo zajęło nam do trzeciej nad ranem. Rozumie pan, panie Jennings, skrzynia była ciężka, musieliśmy ją wykopać, przenieść na małą łódkę, dopłynąć do Amigo i wciągnąć ją na pokład. To było strasznie męczące. Powiedziała, że druga skrzynia był niewiele mniej kłopotliwa. Potem opisała ich pośpieszne odpłynięcie wczesnym świtem. Rozmawialiśmy przez ponad godzinę. Myślę ,że w tym krótkim przedziale czasu polubiliśmy się i rozmowa się ociepliła.

- A co się stało z trzecią skrzynią? – Spytałem wreszcie. Spojrzała na mnie swoimi ciepłymi ,niebieskimi oczami, popijając herbatę.

- Czy wspomniałam trzecią skrzynię? Uśmiechnąłem się.

- Nie Sammy, nie wspomniałaś. W tym właśnie kłopot. Co się stało?

Mój podstęp się powiódł. Rozmawialiśmy przez następną godzinę. Tego ranka w 1935, gdy wciągali na pokład Amigo drugą skrzynię, niebo stawało się coraz jaśniejsze. Fryderyk Mitchell-Hedges miał poważny dylemat. Wiedząc, jak długo walczyli z poprzednimi skrzyniami zrozumieli ,że załadowanie kolejnej wymagałoby dodatkowych trzech godzin. Był w miarę pewien, że władze zrobią rano nalot ,ale nie wiedział dokładnie o której. Mogliby zostać przyłapani na nielegalnym posiadaniu skarbu i ryzykowali ,że całość zostanie skonfiskowana. Zastanowił się nad pozostaniem i spróbowaniem dokończenia operacji, ale w końcu zdecydował się podnieść kotwicę i wypłynąć z Port Royal. Była to pewnie najlepsza decyzja jaką mógł podjąć i taka, która miała także zaważyć na moich planach co do przyszłości ,gdy stanąłem przed podobnym wyborem. Badałem pamięć Sammy, próbując dowiedzieć się wszystkiego,co wiedziała na temat trzeciej skrzyni. Nie była tak duża jak pozostałe ,ale wewnątrz miała podobny asortyment kubków, złotych przedmiotów, monet i sztabek. Była z zardzewiałego żelaza i dała się łatwo otworzyć. Z tego, co wiedziała Sammy to ta skrzynia wciąż tam była, dokładnie w miejscu, w którym jej ojciec ją zakopał ponad trzydzieści lat temu. Omówiłem każdy szczegół próbując odświeżyć jej pamięć, ale przeszkadzał nam brak map. Na Roatan nie było już miejsca w jej życiu. Ta przygoda zapewniła wysoki standard życia ,a ona nie była chciwą osobą. Były momenty, w których zastanawiała się ,czy tam nie wrócić, ale prawdziwa bądź wymyślona obawa przed aresztowaniem skutecznie ją powstrzymywała. Po aukcji w Nowym Jorku, historia się rozeszła i z pewnością musiała dotrzeć do władz w Hondurasie. Wypełnione skarbami kraje nie przepadają za obcokrajowcami, którzy przyjeżdżają i zabierają ich historyczne i archeologiczne bogactwa. Podziękowałem Sammy za jej gościnność oraz informacje i wróciłem do Londynu, mając nadzieję na znalezienie czegoś, co potwierdziłoby jej historię. Spędziłem dzień na przeglądaniu archiwalnej prasy, znajdując mnóstwo informacji na temat Mitchell-Hedgesa, ale nic o zaginionej skrzyni. Nawiązałem znajomość z jednym z członków Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i znalazłem kilka niezbyt dokładnych map. Moje wysiłki w ambasadzie Hondurasu w Londynie były równie bezowocne. Oprócz kilku morskich map nawigacyjnych wszystko, czego się dowiedziałem to fakt, że w siedemnastym wieku mówiło się o trzech fortach, pięciuset domach i ponad dwóch tysiącach piratów działających w Port Royal oraz, że obecnie ten teren był niezamieszkały. Wtedy Robin dokonał swojego przypadkowego odkrycia w British Museum. Myślę, że prędzej czy później też bym tam dotarł, ale naturalny zmysł badawczy Robina z pewnością zaoszczędził mi mnóstwo czasu. Z tymi dokładnymi mapami w ręku udałem się do Reading, by ponownie spotkać się z Sammy Mitchell-Hedges. Spotkanie było udane, ale wyczułem pewne napięcie w Sammy, którego wcześniej nie było, nie było już takiej otwartości. Rozłożyłem mapy i jedyne co mogłem uzyskać to niezobowiązujące „Hmmmmmm, czyż to nie interesujące.” Odmówiła rozważania kwestii, w którym miejscu znajduje się skrzynia, a nawet zachowywała się tak jakby w ogóle nie istniała. Mocno poirytowany zapytałem w końcu, o co jej chodzi do cholery. Sammy nagle spoważniała.

- Howard, wiem, że dużo przeżyłeś. Wiem, że potrafisz sobie poradzić, ale nie chcę ponosić żadnej odpowiedzialności za to, że będziesz miał kłopoty. Wreszcie, już bardzo poirytowanym głosem

- Jeśli chcesz gnić w jakimś obleśnym honduraskim więzieniu to niech to spadnie na twoją głowę. Następne pięć minut spędziłem na zapewnianiu Sammy, że bardzo doceniam jej troskę i na pewno będę ostrożny. Wreszcie westchnęła i powiedziała

- Dobra Howard – Kładąc delikatny wskazujący palec na jednej z map, wskazała na mały skrawek lądu na wschodnim krańcu Fort Key, na granicy portu Port Royal – To tam, Howardzie. Dokładnie tam.

Patrząc na mapę czułem, jak wzbiera we mnie znajome uczucie poruszenia. Jeśli chcesz cieszyć się życiem i nie zwariować, trzeba na samym początku znaleźć sposób, by ograniczyć swój zmysł pożądania. To jedna z podstawowych rzeczy, której trzeba się nauczyć chcąc zostać poszukiwaczem skarbów. Powiedziałem Sammy, że miałem nadzieje na zorganizowanie ekspedycji i że z pewnością weźmie udział w podziale zysków, jeśli takie będą. Skromność kazała jej odmówić, ale wydawała się być zadowolona. Wątpię, żeby była bardzo zainteresowana samym skarbem, ale będąc wrażliwą i intuicyjną osobą, przyglądała się moim reakcjom. Z jej i mojego punktu widzenia, moje emocje były pod adekwatną kontrolą. Przez resztę weekendu zajmowałem się przyjaciółką Robina, Lady Margaret, a w poniedziałek rano pobiegłem do British Museum, gdzie odkryłem, że odkrycie Robina to tylko czubek góry lodowej. W ciągu trzech dni zebrałem wystarczająco dużo informacji, by napisać przewodnik o wyspach Bay a zwłaszcza o Roatanie.

W tych czasach organizowanie skarbowej ekspedycji przychodziło mi jeszcze dość łatwo, dopiero później nauczyłem się komplikować sobie życie. Zacząłem od zakupu czeków podróżnych za $5000, powiedziałem mojej gosposi, że wyjeżdżam na trochę i kupiłem bilet na samolot do Miami. Po przyjeździe zajrzałem do ekskluzywnego Racquet Club , zadzwoniłem do paru znajomych i sprawdziłem w książce telefonicznej sklepy ze sprzętem elektronicznym. Zjadłem obiad w Tony’s Fish Market i przy kawie zacząłem się zastanawiać, jak zorganizować sobie dodatkową pomoc na wyprawę. Choć jestem znany jako samotnik, nie sądziłem, że byłoby wskazane udawać się solo do honduraskiego buszu. Po zastanowieniu się w myślach nad potencjalnymi kandydatami, przed oczami wciąż stawał mi Robin. Pierwszą rzecz jaką zrobiłem nazajutrz było zadzwonienie do jego rodziny w Concord, niedaleko Bostonu. Mama Robina powiedziała mi, że jeszcze nie wyjechał do Wietnamu i że wciąż trenuje w Fort Bragg. Dała mi do niego numer telefonu. Numer, pod który się dodzwoniłem należał do sekcji administracyjnej czegoś, co się nazywało Szkoła Oficerska Specjalnych Technik Wojennych i Taktyki Przeciw-powstańczej. Gburowaty sierżant poinformował mnie, że pan Moore był w tej chwili w klasie, że zostanie powiadomiony iż dzwoniłem ale, że klasy trwają do trzeciej po południu. Zostawiłem swój numer i wyszedłem by kupić trochę ekwipunku. Miami, które jest położone na wymyślonej linii dzielącej Amerykę Łacińską i wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych jest nazywane „Skrzyżowaniem Ameryk”. Po zakończeniu II Wojny Światowej w Miami, swój szczyt rozwoju przeżywał przemysł lotniczy. Linie takie jak Eastern, National i Pan Am zbudowały duże zakłady naprawcze, a to przyciągnęło dużą ilość elektroników i techników z wojska, z których część założyła własne firmy produkujące specjalistyczny sprzęt elektroniczny. W końcu trafiłem do jednej z nich, w maleńkim sklepie na Nortwest North River Drive. Już od czasu moich dni przy eksploracji ropy, interesowałem się wykrywaczami metalu. Moim ulubionym był wykrywacz min z demobilu, ten sam, który Tony Oxenbury zrujnował wygłupiając się z nim na Morant Keys. Kochałem ten stary oliwkowy wykrywacz, ale byłoby mu wstyd pokazać się w tym sklepie w Miami. Pomimo nie zadbanej fasady, oferta wewnątrz była nieprawdopodobna i składała się nawet z sonarów. Kupiłem model Explorer firmy Fisher M-Scope do głębokiej penetracji i Detectron, model z cewką, by znajdować małe przedmioty tuż pod powierzchnią. Zostawiłem sprzęt w moim pokoju i udałem sie na zakupy do domu towarowego „Sears,Roebuck”, gdzie kupiłem buty, ciuchy robocze, rękawice i środek przeciw insektom. Za dużo spędziłem czasu w buszu, by pozwolić naturze na zrujnowanie mojej ekspedycji. O wpół do drugiej wróciłem do Raquet Club i właśnie jadłem lunch, gdy zadzwonił Robin z Fort Bragg.

- Howard, stary kumplu – powiedział wesoło – co porabiasz w Miami?

- Szykuję wyprawę skarbową, na Boga – odpowiedziałem.

- Dokąd?

- Wiesz dokąd. Sam znalazłeś mapy. Krótka pauza.

- Mitchell-Hedges? – Zapytał.

- Dokładnie. Opowiedziałem mu, co zdołałem ustalić do tej pory i muszę przyznać, że próbowałem go zarazić swoim entuzjazmem do tego projektu.

- Robin, może wybrałbyś się ze mną? – Zapytałem wreszcie.

- Nie mogę – stwierdził.

Dodał ,że pomyśli nad kimś ,kto mógłby mi towarzyszyć. Powiedziałem „cześć” z nutą zdenerwowania w moim głosie. Nie dzwoniłem do niego po rekomendacje. Następnego dnia był piątek i poświęciłem go na kontynuację zakupów, znalezienie dziewczyny i popołudniowe kino. Gdy dziewczyna i ja wróciliśmy do Raquet Club czekała tam na mnie wiadomość. Robin przyjeżdżał dziś o dwudziestej drugiej. Po kolacji, dziewczyna i ja udaliśmy się do mojego pokoju by znaleźć sposób na zabicie czasu do jego przyjazdu. Gdy Robin wszedł do pokoju wyglądał lepiej niż kiedykolwiek. Trening w Pierwszej Desantowej i w Zielonych Beretach był wymagający ale zdrowy. Jego skóra była opalona, mięśnie twarde a sylwetka wyprostowana. Wyglądał jak cholerny żołnierz. Przedstawiłem go mojej dziewczynie i jego głodne spojrzenia zdecydowały, że dziewczyna szybko się pożegnała i wyszła. Poruszyłem kwestię Roatan. Robin z miejsca wykluczył ten projekt ponieważ miał właśnie ukończyć kurs wojny partyzanckiej i potrzebował udać się do Waszyngtonu by znaleźć dodatkowe materiały w Pentagonie. Był całkowicie oddany swojej pracy nad książką o Wietnamie. Wytłumaczył mi ,że był teraz tylko na przepustce weekendowej.

- Mam tylko trzydzieści dni zanim muszę się zameldować w Kwaterze Głównej Jednostek Specjalnych w Sajgonie. Howard, bardzo bym chciał się z tobą wybrać ,ale po prostu nie ma na to czasu.

- Masz trzydzieści dni- powiedziałem – Kiedy się zaczynają?

- Kończymy kurs w przyszły czwartek. Trzydzieści dni od czwartku.

- To proste – stwierdziłem – ograniczymy nasz wypad do Hondurasu do dziesięciu dni. Następne dziesięć spędzisz w Pentagonie i kolejne dziesięć na panienkach. Dodaj to sobie. Robin się zastanowił. Czułem ,że chyba wygrywam, więc zaszarżowałem

- Obiecuję ci Robin ,że to będzie tylko dziesięć dni, bo dokładnie wiem ,gdzie jest ten cholerny skarb. Spojrzałem na jego twarz czekając na reakcję. W piętnaście sekund wiedziałem ,że wygrałem. Jak się miało okazać, nasza wyprawa miała trwać dłużej niż dziesięć dni i w rzeczywistości Robin miał tylko pięć dni na Pentagon i żadnych dni na blondynki, które miał zobaczyć dopiero po powrocie z Wietnamu. Ale jeśli go zapytacie to myślę, że powie wam ,iż było warto.

W niedzielę Robin wrócił do Fortu Bragg ,a w poniedziałek rano poleciałem do Hondurasu. Plan zakładał, że Robin przyłączy się do mnie na Roatan w piątek lub sobotę. Jeśli dzisiaj mielibyście się udać na Roatan ,to do wyboru byłoby kilka linii lotniczych. Kiedy ja odbyłem tą pierwszą podróż, leciałem dwu-silnikowym C-46 z demobilu. Oprócz mnie w samolocie był tylko jeden pasażer i on wysiadł w Belize, Brytyjskim Hondurasie. Dwie godziny później wyszedłem z samolotu prosto w parny tropikalny upał typowego popołudnia na lotnisku San Pedro Sula, głównym rejonie przemysłowym Republiki Hondurasu. W 1963 turystyka w Ameryce Centralnej właśnie rozkwitała więc odprawa i kontrola imigracyjna była dość łatwa. Inspektor zaczął oglądać moje kolorowe czerwone pudełka, w których miałem popakowane wykrywacze, ale wyjaśniłem mu ,że jestem geodetą na wakacjach i że spróbuje znaleźć jakąś kopalnię złota. Ponieważ w głębi lądu toczyły się prace wydobywcze, inspektor kupił moją opowieść. Znalazłem niedużą firmę czarterową i umówiłem się na lot do Roatan. W mojej karierze latałem już przeróżnymi marginalnymi samolotami, ale ta mocno zużyta dwu-silnikowa Cessna którą wynająłem sprawiała ,że przechodziły mnie ciarki. Kiedy niedbali tragarze pakowali moje rzeczy na pokład, mocno za młody pilot walił z wigorem młotkiem w śmigło na lewym silniku, najwyraźniej próbując wyprostować wgięcie. Podszedłem do tego nieustraszonego latynoskiego lotnika i zapytałem co robi.

- Nabrawiać źmigieł – odparł. Spytałem w jaki sposób zostało uszkodzone.

- Zabić owiec na ostatni lądowanie – odpowiedział.

Bez specjalnego entuzjazmu usiadłem w kokpicie obok mojego rzekomego pilota. Samolot wibrował groźnie od pogiętego śmigła, ale udało nam się wystartować i wznieść w niebo nad Hondurasem. By zająć czymś umysł i nie myśleć o irytującym charkocie źle wyważonego śmigła, zająłem się oglądaniem widoków. Malutkie farmy i piaszczyste drogi zdawały się przegrywać bitwę z ciemnozielona dżunglą rozpościerającą się u stóp gór. Honduras ma mnóstwo wody i ciepły klimat więc roślinność rośnie w błyskawicznym tempie. Obliczyłem ,że lot na Roatan oddalonym o 70 kilometrów na północny wschód, powinien nam zająć jakieś 20 minut. Po 15 minutach zapytałem pilota w moim łamanym hiszpańskim jak nam idzie. Odpowiedział ,że idzie nam świetnie i że wyspa jest bezpośrednio przed nami. To co zobaczyłem bezpośrednio przed nami było monstrualnych rozmiarów cumulusem ,a tuż za nim kolejnego, także wznoszącego się jak wieżowiec. Pakowaliśmy się prosto w chłodny front. Niskie chmury tuż nad powierzchnia morza obiecywały wyboisty i niebezpieczny lot. Miałem dość. Sięgnąłem po mapę nawigacyjną pilota. Na mapie zauważyłem małe nadmorskie miasteczko La Ceiba na południowy wschód od nas i w przeciwnym kierunku od chłodnego frontu. Czytałem ,że był to główny port używany przez ludność na Roatanie. Podkreślając moje życzenie niezwykle zdenerwowanym palcem, wskazałem na La Ceiba i przekrzykując dźwięk silnika krzyknąłem

- Ląduj tutaj. Na ziemię. Natychmiast!

Mój pilot wzruszył ramionami i pochylił samolot w prawo. Wylądowaliśmy na ubitym z ziemi pasie startowym pokrytym kamieniami i krowimi kupami i wciąż pamiętam jak wstrzymałem oddech ,aż udało nam się zatrzymać. Do cholery, oddechu nie wstrzymywałem nawet ,gdy zostałem zestrzelony przez Niemców nad Holandią.

Zapadała już noc gdy wynajętym, rozsypującym się samochodem, dotarłem do głównej przystani w La Ceiba. Znalazłem nadgryzioną zębem czasu łódź z młodym kapitanem, Rileyem Gough, który zgodził się zabrać mnie i mój bagaż do Coxen Hole, największego miasta na Roatanie. Na wodach pomiędzy wyspami Bay a stałym lądem pływa sporo większych łodzi wożąc śmierdzące ryby z wysp, zapasy z lądu i ludzi w obie strony. Opary ropy zmieszane z rozkładającymi się rybami dawały ciekawą woń ,a groźne niebo w które nie zdecydowałem się wlecieć, sprawiło ,że morze było bardzo burzliwe ,ale stara łajba dotarła do Roatan w okolicy świtu. Pierwszym człowiekiem którego ujrzałem był niechlujny żołnierz i w mojej wyobraźni ujrzałem inny świt, dwadzieścia osiem lat temu, gdy Fryderyk Mitchell-Hedges obserwował rozjaśniające się wschodnie niebo i decydował o pozostawieniu fortuny w pirackich skarbach, zakopanej mniej niż czterdzieści kilometrów od miejsca w którym stałem. Roatan został zasiedlony przez angielskich awanturników i więźniów, którzy stali się budowniczymi statków i piratami. Byli przemytnikami i wynajmowali się do pracy na morzu. W połowie XIX wieku Anglia odstąpiła wyspy Bay Hondurasowi w zamian za koncesje na budowę połączenia kolejowego między Atlantykiem i Pacyfikiem. Ponieważ w tym czasie Stany Zjednoczone budowały Kanał Panamski, cały projekt został zarzucony i biali osadnicy zostali pozostawieni na łasce hiszpańskiego rządu. Do dziś jednak wyspiarze identyfikują się z anglojęzycznym światem i każdego przybysza z kontynentalnego Hondurasu nazywają „Hiszpanem”. W zamian za ich podatki, ludność wysp Bay jest łaskawie obdarzona niewielkimi i niezdyscyplinowanymi oddziałami żołnierzy ze stałego lądu, którzy mają zapewniać wyspom pokój. Ponieważ jednak wyspiarze są niezwykle pokojowi, brudni i niechlujni żołnierze spędzają swój czas na piciu i stawaniu się bardziej brudnymi i niechlujnymi. Gdy przybyłem na Roatan, nie było tam jeszcze wybudowanej żadnej drogi. Znalazłem lokalnego sklepikarza, który właśnie otwierał swój sklep, i spytałem go,jak najłatwiej odwiedzić historyczny Port Royal. Polecił mi udać się do Oakridge, wioski najbliżej położonej portu i powiedział od kogo wynająć łódź na podróż. W ciągu godziny siedziałem w innej łodzi i mokłem będąc oblewany falami gdy parliśmy na wschód pod wschodni wiatr i morze. W południe stanąłem na małej drewnianej przystani w Oakridge. Określenia „niezniszczona” czy „dziewicza” nie są adekwatne na określenie wyspy Roatan gdy ujrzałem ja po raz pierwszy. Plaże były bardzo długie i pokryte białym piaskiem, plamy kołysały się delikatnie, domy stały na palach nad brzegiem morza. Od tego czasu wiele się zmieniło ale to już inna historia. Z pomocą przyjacielsko nastawionych mieszkańców wioski dotarłem do domu pani Merle Cooper, która prowadziła czysty, atrakcyjny i swojski domek gościnny, mały budynek około stu metrów od swojego domu. Miał trzy niewielkie sypialnie i czyściutką łazienkę. Merle podawała posiłki w jadalni w swoim własnym domu. Pokój, trzy posiłki dziennie, sprzątanie, pranie i używalność lodówki w której można było trzymać zimne piwo kosztowała $3 dziennie. Umyłem się i padłem do łóżka.

Obudziłem się o czwartej po południu i wyruszyłem po zimne piwo. Większość tego co działo się w Oakridge rozgrywało się wokół malutkiego ogólno-branżowego sklepiku prowadzonego przez Nonnie McNab. Była jedynym dostawcą kurczaków i tubylcy żartowali ,że spędza tyle czasu ze swoimi kurami ,że już wygląda tak jak one. Nonnie była blisko siedemdziesiątki i jej sklep był czymś faktycznie wyjątkowym. Na składzie miała tak różnorodny asortyment ,że sporo sklepów w wielkich miastach mogło się powstydzić. Znalazłem markowe baterie o połowę tańsze niż w Stanach i amerykańskie papierosy w cenie $1.50 za karton. (Wyspiarze nie byli prawdziwymi przemytnikami ale żyli według zasady: „Pieprzyć rząd; bierz co się da i zawieź to na wyspę.”) „Telegraf buszu” jest specyficznym fenomenem występującym na karaibskich wyspach. Działa dużo lepiej od telefonów czy gazet. Mój przyjaciel, były minister zdrowia na Jamajce zwykł mawiać: „Mogę się z kimś przespać w Montego Bay i zanim przejadę 200 kilometrów do Kingston, ktoś tam już będzie czekał by się zapytać jak było.” Z taką samą precyzją funkcjonuje on na Roatanie. Rozmawiałem sobie z Nonnie pijąc drugie piwko ,gdy zorientowałem się ,że w sklepie kręci się prawie tuzin mężczyzn a na zewnątrz przechadzają się w tą i z powrotem młode kobiety, zaglądając by przyjrzeć się nowemu przybyszowi. Jak tylko przyjrzałem się geograficznym i socjologicznym układom w Oakridge, powiedziałem sobie ,że nie może być mowy o seksie. Wioska składała się z około trzydziestu domów ściśniętych dokoła laguny w kształcie litery T. Mieszkańcy byli sobie bliscy fizycznie i poprzez koligacje rodzinne. Byłoby tragedią, gdyby obcy zaburzył lokalne zwyczaje i związki. Nie była to łatwa decyzja. Większość młodych mężczyzn z Roatan było zmuszonych szukać zatrudnienia na łodziach rybackich co w konsekwencji pozostawiało kobiety samotne przez dłuższe okresy i burzyło proporcje mężczyzn i kobiet. Ale nie zależało mi na skandalu przez głupi romans i zdecydowałem ,że ciężka praca pozwoli mi zapomnieć o pewnych sprawach. Poza tym, to miało trwać tylko kilka tygodni więc nadrobię to po powrocie do luźniejszych struktur socjalnych. Gdy tylko zrozumiałem że mężczyźni byli tam po to by się dowiedzieć jaki był cel mojej wizyty, poprosiłem Nonnie by podała wszystkim po piwie. W krótkim czasie udało mi się ich przekonać że jestem biznesmenem na wakacjach i że moim hobby była historia piractwa. Powiedziałem że w ciągu najbliższych kilku tygodni chciałem się trochę „porozglądać” i że wkrótce odwiedzi mnie mój przyjaciel pisarz. W chaotycznej rozmowie tubylcy mówili o kilku pirackich lokacjach w rejonie Port Royal a ja byłem ostrożny by nie dać po sobie poznać że poprzez moje intensywne badania wiedziałem o tym miejscu pewnie więcej od nich. Kilka piw później potwierdziłem wszystkie swoje opinie o Port Royal. Powiedziałem ,że chętnie wynająłbym łódkę i wszyscy zgodnie stwierdzili ,że powinienem odwiedzić Jeffa Tree. Ta sugestia dała mi wymówkę by przerwać party i ruszyć do Jeffa.

Jeff był typowym wyspiarzem. Ciężko pracował, był mocny a przy władzach ze stałego lądu trzymał gębę na kłódkę. Jak się okazało Jeff miał także swoje potrzeby. Zabrał mnie nad brzeg swojej posiadłości i tam na jego podwórku stał kadłub 20 metrowej łodzi którą budował. Łódź wyglądała na solidną jednostkę i była bliska ukończenia. Pracował nad nią przez trzy lata i powiedział mi ,że jej ukończenie zabierze jeszcze rok, lub dwa. Ścinał drzewo w lesie i spływał je do Oakridge, wycinając całą stępkę z jednego 25 metrowego pnia używając tylko siekiery i topora ciesielskiego. To fascynujące ,że jeszcze przetrwali gdzieś tacy rzemieślnicy. Jeffowi kończyła się kasa na ukończenie łodzi więc bardzo chętnie zgodził się wynająć z łodzią jako mój przewodnik. Stawka za niego i jego płaskodenną łódź wynosiła $5 dziennie a dzień w Roatan był liczony od szóstej rano do piątej po południu. Tej nocy dobrze spałem i następnego ranka już o 5.30m byłem na nogach. Merle, pogodna i wesoła ugotowała mi jajka i przygotowała do zabrania lunch, który składał się z owoców, kawałka ciasta i kanapkami z jej „mięsną niespodzianką”. Nigdy nie miałem odwagi by zapytać ją na czym polegała ta mięsna niespodzianka ale gdy jest się długo na wodzie albo chodzi się po górach to docenia sie mądrość przysłowia które mówi że „głód jest najlepszym kucharzem.” Pierwszego dnia Jeff zabrał mnie do różnych zatoczek i strumieni w pobliżu Oakridge. Port Royal jest położony jakieś pięć kilometrów na wschód. Trochę pozwiedzaliśmy, połowiliśmy przez kilka godzin ręcznymi linkami i wróciliśmy około trzeciej po południu. Drugiego dnia wypłynęliśmy w morze pięciometrową łajbą Jeffa i przyjrzeliśmy się linii brzegowej. Na wschodzie widziałem gdzie kończy się brzeg i spytałem Jeffa ,co to za miejsce. Powiedział ,że to przystań Port Royal i zasugerował ,żebyśmy tam popłynęli nazajutrz. Nie mogłem się już doczekać. Moje pierwsze zetknięcie z Port Royal było porywającym przeżyciem. Miejsce musiało wyglądać mniej więcej tak samo jak wtedy ,gdy przybył tam Kapitan Henry Morgan po złupieniu Panamy w 1671. Wyliczyłem ,że jego udział w łupach po wymordowaniu bądź opłaceniu swoich towarzyszy podczas akcji, był wart około $50 milionów według dzisiejszych standardów. Sporo łupów trafiło do kufrów króla Karola II, ale dużo więcej niż zostało znalezione przez Mitchell-Hedgesa ,nigdy nie zostało odkryte. Port Royal jest rozległym i głębokim portem, szerokim na ponad osiemset metrów i długim na prawie pięć kilometrów ze średnią głębokością jedenastu metrów i wystarczającym miejscem do zakotwiczenia floty sporej wielkości. Cały port jest chroniony przez barierę raf, przez którą prowadzi naturalny kanał szerokości prawie sześćdziesięciu metrów i głębokości prawie dwudziestu. Na brzegu w różnych miejscach widoczne były ruiny fortyfikacji. Port Royal zajmował strategiczną pozycję w hiszpańskich włościach pod koniec szesnastego wieku. Hiszpanie byli właścicielami wyjątkowo dochodowych kopalni złota w głębi Hondurasu i ta część świata miała stać się częścią Wice-królestwa Nowej Hiszpanii, imperium Nowego Świata zbudowanego na złotych i srebrnych łupach i odpowiedzialnego za likwidację kultur Inków, Majów i Azteków, które zasiedlały te ziemie na tysiące lat przed przybyciem 34 letniego Hernando Corteza. Z pięciuset ludźmi, szesnastoma końmi, żądzą ziemi i bogactwa, podbił Montezumę, azteckiego boga-człowieka-władcę i w konsekwencji wtrącił jedenaście milionów Indian pod hiszpańskie panowanie. Na południu, w podobny sposób Francisco Pizarro ze stu osiemdziesięcioma ludźmi i dwudziestoma sześcioma końmi podbił potężne Imperium Inków. Z Ameryki Centralnej i północnego wybrzeża Ameryki Południowej, statki, wyładowane po brzegi łupami zaczęły pływać po hiszpańskich włościach, najpierw do Hawany potem do Hiszpanii. Wszystkie wczesne trasy biegły obok i były osiągalne z Port Royal na wyspach Bay. Naturalna animozja pomiędzy katolicką Hiszpanią i protestancką Anglią doprowadzały do częstych konfliktów i gdy Hiszpanie zaczęli transportować skarby, Anglicy walczyli, by je im odebrać.

Myśląc o zakopanych i zatopionych skarbach łatwo jest wpaść w obsesję na punkcie nie odkrytych skarbów. Są całe tuziny legendarnych zaginionych skarbów, takich jak szczerozłoty łańcuch, tak ciężki, że musiało go nieść dwustu ludzi. Inkowie mówili o takim łańcuchu, który miał mieć prawie sto metrów długości i zawierać ponad dziesięć ton złota, zrobionym przez wielkiego Huayna Capac, by uczcić siódme urodziny jego syna i dziedzica, Huascara. Łańcuch miał otaczać główny plac w Cuzco ,aż został zdjęty i ukryty przed nacierającą armią Pizarra. Nigdy nie został odnaleziony. Jest też ponad dwu metrowa figura „Złota Dziewica”, która została odlana ze szczerego złota i umieszczona w katolickiej katedrze. Ostatni ślad w dokumentach wskazuje ,że opuściła ona portowe miasto Colon w Panamie w połowie osiemnastego wieku. Żaden autorytet lub badacz nie może wyjaśnić ,czemu nigdy nie pojawiła się w Hiszpanii i tylko dokument potwierdzający jej załadowanie na statek dowodzi ,że rzeczywiście wyruszyła w swoją tajemniczą podróż. Często marzyłem o tym niesamowitym skarbie. Może Robin i ja odnajdziemy go tutaj pod piaszczystą powierzchnią wyspy w Port Royal. To było mozliwe. Czasem było to nawet prawdopodobne. Usiłowałem zmusić się do myślenia, tak jak robiłby to pirat ,który żył dwieście lat temu, użyć jego logiki. (Cały ten proces myślowy nie jest tak naciągany jak mogłoby się wydawać. W naszej rodzinie było silne tradycyjne przeświadczenie, że jednym z naszych przodków był sławny angielski pirat, Kapitan Henry Jennings, który miał swoja bazę na Bahamach.)

Wzgórza dookoła portu wznoszą się stromo do ponad dwustu metrów wysokości nad morskim brzegiem i ciągną czterysta metrów w głąb lądu. Roślinność jest gęsta, ale zauważyłem miejsca ,które zdawały się być naturalną lokalizacją dla osady. W połączeniu z naszymi poszukiwaniami zaginionej skrzyni Mitchell-Hedgesa, byłem zdeterminowany przeszukać inne miejsca dookoła portu, które z pewnością także mogły przynieść plon w postaci innych ukrytych skarbów. Jednym z takich potencjalnych miejsc był Fort Key, śliczna wysepka tworząca wschodnią stronę wejścia do portu. W siedemnastym wieku zbudowano tam solidny fort, który został potem gruntownie poprawiony przez budowniczych Royal Navy w 1742. Nazwano go Fort George. Studiowałem jego plany konstrukcyjne w Królewskim Towarzystwie Historycznym w Londynie. Ewidentnie czas odcisnął swoje piętno na starym forcie George. Podczas gdy przetrwały części grubych murów, większość budowli uległa zniszczeniu. Wspomniałem o tym Jeffowi, który powiedział mi, że w 1940 do Port Royal przybył Amerykanin w poszukiwaniu skarbów. Facet spędził tylko jeden dzień na inspekcji fortu, po czym postanowił użyć dynamitu by odkryć zakopane skarby. Podczas gdy zakładał pierwszy ładunek, nastąpiła przypadkowa detonacja urywając mu prawe ramię. Tak skończyły się poszukiwania skarbów jednego, niezbyt mądrego poszukiwacza. Byłem pierwszym Amerykaninem, który eksplorował fort od tego czasu, dodał Jeff. Zjedliśmy lunch na miejscu dawnej prochowni, a w oddali mogłem dojrzeć malutką, piaszczystą wysepkę, na której były zdeponowane skrzynie Mitchell-Hedgesa. Następne dwa dni spędziłem z Jeffem na trekingu przez dżunglę, próbując bezskutecznie zlokalizować piracką osadę. Około czwartej wracaliśmy właśnie do Oakridge gdy przyjechał Robin.

Bardzo się starałem nie rzucać w oczy na Roatan i w Oakridge. Próbując znaleźć i nielegalnie wywieźć, pokaźnych rozmiarów i wartości, skrzynię ze skarbami jest sporym problemem i rzucanie sie w oczy w tym nie pomaga. Wysłałem Robinowi telegram mówiący o trudach, które nas czekają i ostrzegający by przygotował się do tej trudnej sytuacji. Robin w odpowiedzi zatrzymał się w Miami i wynajął dwu-silnikowego Grummana, którym przyleciał. Gdy samolot warczał nad laguną w Oakridge, rozpędzając na wszystkie strony tubylców i ich łodzie, przed moimi oczami stawała wizja kolejnego fiaska, jak podczas przygody w Morant Keys. Poszedłem do Nonnie na piwo, niech mnie Robin znajdzie, jeśli będzie mógł. Gdy wszedł wreszcie do sklepu Nonnie i poczęstował mnie zakłopotanym uśmiechem, mój gniew osłabł. Kiedy powiedział „cześć Howard stary chłopie”, zapomniałem kompletnie o jego lądowaniu i byłem po prostu szczęśliwy, że przyleciał mi pomóc. Nie pokazywałem map nikomu na wyspie, ale następnego dnia ustaliliśmy z Robinem, że niezbędne jest wtajemniczenie Jeffa w nasze sprawy. Byliśmy na środku portu w pobliżu dwóch skał, które na naszych mapach były oznaczone jako „Krowa” i „Ciele”. (Jeśli spojrzycie na stare mapy Karaibów znajdziecie wiele takich „krów” i „cieląt”; kartografowie lubili nazywać tak duże-małe połączenie wysepek.) Jeff zarzucił kotwicę przy „Krowie” i zacząłem pokazywać mu mapy.

- Potrzebujemy twojej pomocy Jeff, ale także twojego milczenia – powiedział Robin.

Powiedziałem mu, że tak jak do tej pory będzie dostawał od nas dniówkę, ale jeżeli coś znajdziemy to otrzyma dwadzieścia procent znaleźnego; Robin i ja weźmiemy resztę. Jeff uznał to za bardzo atrakcyjną propozycję; kawał solidnej gotówki dałby mu wszystko, co potrzeba do skończenia konstrukcji jego łodzi. Wytłumaczyliśmy mu, że szukamy zaginionej pirackiej osady, wciąż nie wspominając o skrzyni Mitchell-Hedgesa. Naszym pierwszym celem było zlokalizowanie pirackiej siedziby o nazwie Augusta. Nasze mapy wskazywały, że osada liczyła tuziny budynków, sądziliśmy więc, że byłoby to najbardziej logiczne miejsce na znalezienie dóbr zdeponowanych u Matki Natury na bezpieczne przechowanie. Na mapie osada znajdowała się na zachodnim brzegu rozległego strumienia bądź potoku. Niestety, ze wzgórz do portu spływało kilkadziesiąt strumieni, więc zdecydowaliśmy się wybrać największy z nich i przybiliśmy tam łodzią. Dookoła otaczała nas dżungla. Nie brakowało mi doświadczenia w radzeniu sobie z naturą. Jako chłopiec we Wschodnim Teksasie dużo polowałem, także później w Górach Skalistych, ale dżungla w Port Royal była „twardsza” od wszystkiego, co do tej pory widziałem.

Jeśli kiedyś czuliście się leniwi i pozwoliliście rosnąć bez przeszkód trawnikowi przed domem przez kilka tygodni, to możecie docenić, co może uczynić natura z miastem, gdzie nie stanęła ludzka stopa przez ponad dwieście lat. Dżungla stała się imponującym przeciwnikiem. Jeżeli chcesz przetrwać w dżungli, to twoją podstawową bronią powinna być ostra maczeta. Tak zwany „nóż” ma drewnianą lub plastikową rączkę i ostrze o długości od sześćdziesięciu do osiemdziesięciu centymetrów, które jest szerokie przy rączce na jakieś cztery centymetry, a osiem przy końcu. Najlepsze są wykonane ze starych szyn kolejowych bo wielu uważa, że taki metal został świetnie utwardzony przez lata podczas których pędziły po nich pociągi. Są wystarczająco ciężkie, by uchwycić odpowiedni rytm ramienia i przeciąć przeszkodę nawet o ośmiocentymetrowym obwodzie. Podczas wycinania ścieżki istotny jest rytm, zamach i cięcie, od prawej do lewej, jak dyrygent orkiestry chcący wzmocnić jakąś sekcję w utworze. Grube konary padają łatwo, to krzaki i liany i kolczaste gałęzie są problemem, gdyż unikają cięć i wiją się bezustannie, atakując ramiona i nogi. Trzeba zawsze uważać, by samemu nie pociąć się maczetą. I pot: Wilgoć gromadzi się w kroplach na czole i spływa słonymi potokami zalewając ci oczy. Obaj z Robinem byliśmy w niezłej formie, ale zaczęliśmy mieć pęcherze i odczuwać nietypowe bóle. W południe wciąż się wspinaliśmy, bądź schodziliśmy w dół, aż ogłosiłem przerwę. Jeff niósł ze sobą nasze kanapki-niespodzianki i plastikową butelkę z płynem dezynfekującym. Lubiliśmy z Robinem szampana i wyborne steki, ale ten lunch smakował wyśmienicie.

- Chyba się za bardzo nie posuwamy Howard – stwierdził Robin zajadając się kanapką.

- Na mapie są zaznaczone domy. Gdzieś w tej gęstwinie kryją się fundamenty sporej wioski – odpowiedziałem.

Robin spojrzał na swoje dłonie. Lata stukania powieści na maszynie nie wyposażają człowieka na spotkanie z dżunglą. Nawet trening z Zielonymi Beretami, który nie dawno ukończył, nie brał pod uwagę obsługi maczety. Musieliśmy zaakceptować obolałe dłonie przez kilka kolejnych dni.

- Czego szukamy, to kawałek płaskiego terenu – odezwałem się do Jeffa – Piraci, będąc przyzwyczajeni do płaskich pokładów statków, nie budowaliby osady na stoku wzgórza. Jeff spojrzał ponownie na mapę.

- Jedyne płaskie miejsce, które znam w tym porcie jest dokładnie tu – powiedział wskazując palcem punkt na mapie o nazwie Fort Fryderyk, ponad osiemset metrów od miejsca, w którym teraz byliśmy.

Wiedziałem, że nie możemy oczekiwać od razu wielkiego odkrycia, ale wiedziałem też, że potrzebujemy pewnego pocieszenia. Zasugerowałem, że powinniśmy się tam udać i przyjrzeć z bliska. Po oczyszczeniu naszych pozostałości po lunchu, wróciliśmy na łódź Jeffa i ruszyliśmy do Fortu Fryderyka. Gdy zbliżaliśmy się do małej, ślicznej plaży, Robin klepnął mnie w ramię wskazując na wodę. Zauważył perfekcyjnie prostą linię skał jakiś metr pod powierzchnią i ciągnącą się przez prawie dwadzieścia metrów. Powiedziałem Jeffowi, żeby zawrócił żebyśmy mogli się temu lepiej przyjrzeć. Ta skalna formacja musiała być dziełem człowieka. Zdecydowaliśmy się wysiąść i rozejrzeć. Miejsce było prześliczne. Czysty biały piasek i kilkadziesiąt palm kokosowych, a oprócz tego potok wypływający ze źródła ze wzgórza tuż za nami. Jeff miał na łodzi starą i brudną maskę do nurkowania. Pożyczyłem ją, rozebrałem się i wskoczyłem do wody. Pod powierzchnią wody było cicho i pięknie, ale jednocześnie tętniło tam życie i kolor. Lubię nurkować dla przyjemności, lecz mimo fascynacji podwodnym światem nie byłem nigdy zainteresowany nurkowaniem po skarby. Znam ludzi, takich jak Kip Wagner czy Gus Thompson na Florydzie, którzy znaleźli pod powierzchnią morza całe statki wyładowane złotem i srebrem, lecz na ich osiągnięcia składa się praca mnóstwa nurków i skomplikowanych technik, a także specjalistycznego sprzętu, a ja nie jestem specem od organizacji, nawet przy poszukiwaniach skarbów. Oglądanie zatopionych kamieni zabrało mi tylko 10 minut. Prawdopodobnie były częścią rozległego wybrzeża, ale erozja wodna i fale przez lata dokonały zniszczenia. Wreszcie znaleźliśmy jakiś ślad dawnej ludzkiej aktywności. Kiedy wróciłem na plażę, okazało się, że Jeff rozłupał swoja maczetą parę zielonych kokosów. Jeśli nigdy nie próbowaliście tej trudnej sztuczki, to dajcie sobie spokój, podczas nauki można stracić palec lub dwa. Sok z kokosa był chłodny i słodki. Jeff powiedział nam, że mieszkańcy Oakridge często przychodzili na tę małą plażę na popołudniowy wypoczynek i że trochę wyżej jest kilka płaskich kawałków terenu. Gdy tylko założyłem spodnie, koszulę i buty, ruszyliśmy wąską ścieżką prowadzącą z plaży. W zestawieniu z naszymi porannymi trudami, była to czysta przyjemność. W ciągu kilku minut dotarliśmy do pierwszego płaskiego miejsca.

- To jest – powiedziałem – to czego szukamy. Oczyśćmy teren. Godzinę i kilka odcisków później, wycięliśmy większość krzaków. Gdy zobaczyliśmy to miejsce pozbawione bujnej roślinności, stało się jasne, że stał tu kiedyś budynek. Widzieliśmy ciężkie kamienie fundamentów. Wysłałem Jeffa do łodzi po wykrywacze i optymistycznie, kilka szpadli. Najpierw złożyliśmy duży detektor. Pozwoliłem, by Robin rozpoczął poszukiwania, które dały mu zapomnieć o obolałych dłoniach. Pierwszy sygnał usłyszał po około 10 minutach. Śpieszę z wyjaśnieniem, że nie znaleźliśmy żadnego złota lub srebra i że była to tylko mała cztero-funtowa kula armatnia. Nie miała żadnej wartości, ale był to przedmiot z czasów pirackich, który mocno podniósł nas na duchu. (Trzeba w tym miejscu dodać, że znalazłem w Forcie Fryderyk prawdziwy skarb, choć nie był on w formie cennych drobiazgów, które można trzymać w dłoniach i pojawił się w moim życiu później.)

Pracując tylko w miejscu które oczyściliśmy, resztę popołudnia spędziliśmy wykopując mosiężne guziki, stare sprzączki i klamerki i wspaniałe stare żelazko. Znaleziska nie przedstawiały większej wartości historycznej bądź materialnej, ale podtrzymywały nasz optymizm. Zanim opuściliśmy nasze stanowisko, wybrałem się na spacer, by trochę się rozejrzeć. Odkryłem, że w rzeczywistości teren składał się z tarasów i zlokalizowałem przynajmniej piętnaście płaskich miejsc, gdzie mogły stać budynki. Gdy wracaliśmy wieczorem do Oakridge powiedziałem Jeffowi, że chciałbym wynająć kilku lokalnych robotników, by pomogli nam oczyścić teren. Powiedział, że można zaangażować kilku murzynów z drugiej strony wyspy za kilka dolarów dziennie. Ustaliliśmy, że załatwi na jutro pięciu robotników, z którymi spotkamy się w Forcie Fryderyk. Postanowiliśmy nie pokazywać pracownikom naszego elektronicznego sprzętu, a Jeff miał im powiedzieć, że „ci zwariowani Amerykanie” chcą oczyścić miejsce na obozowisko. Następnego dnia, tuż przed siódmą, dziesięciu rosłych mężczyzn zjawiło się w forcie. Nie chciałem mieć problemów z nadzorowaniem dziesięciu mężczyzn, więc zdecydowałem się zastosować technikę której używałem podczas mojego projektu deweloperskiego na Jamajce. Przydzieliłem każdemu pracownikowi kawałek terenu do wyczyszczenia i kazałem zabrać się do roboty. Potem wysłałem Jeffa i Robina, by postarali się znaleźć lokalizację Augusty, a sam obserwowałem pracę wynajętych ludzi. Gdy tylko zobaczyłem pierwszego, który zaczął się obijać, ruszyłem na niego jak dzikus, wymachując rękami i wykrzykując przekleństwa. Wrzeszczałem, że to jest prawdziwa praca i że może się do cholery stąd zabierać. Inni pracownicy patrzyli na mnie z zaskoczeniem, gdy kazałem jednemu z nich się wynosić. Powtórzyłem swój pokaz, jak tylko zobaczyłem, że kolejny zwalnia. Do dziesiątej zredukowałem grupę do pięciu najciężej pracujących wyrywaczy krzaków,którzy kiedykolwiek pracowali na Roatanie. Tym pięciu pracownikom zabrało tylko dwa dni, by oczyścić cały rejon Fortu Fryderyk. Dałem wszystkim dzień wolny z połową dniówki, byśmy mogli użyć z Robinem i Jeffem naszych wykrywaczy. Tego dnia nie znaleźliśmy ani skarbów, ani lokalizacji wioski Augusty. Także następny i kolejny po nim dzień nie przyniósł żadnych odkryć. Zaczynałem się martwić, bo Robin miał jeszcze tylko kilka dni, które mógł poświęcić na przygodę na Roatanie. Znaleźliśmy małą wioskę, ale fundamenty pokazywały tylko sześć lub osiem domów, co czyniło ją za małą na główną siedzibę piratów. W czasie, gdy nasi robotnicy oczyszczali ostatnie miejsce, udaliśmy się ponownie łodzią Jeffa na rekonesans po porcie. Przez kilka godzin pływaliśmy w tą i z powrotem i zacząłem zauważać, że są pewne niezgodności pomiędzy lokalizacją strumieni i potoków na mapach i ich rzeczywistym położeniem w terenie. Wiedziałem, że mogły one zmieniać swoje położenie w ciągu kilkuset lat, ale choć jeden powinien być tam, gdzie był zaznaczony. Ani jeden nie był. Nagle zrozumiałem, że w tamtych czasach nie używano powszechnie instrumentów pomiarowych i że lokalizacje były umowne. Spojrzałem na zaznaczoną na mapie różę kompasu. Byłem pewien, że musi być dokładna, zaznaczona na podstawie niezawodnego kompasu na statku. Kazałem Jeffowi tak ustawić łódź, by wziąć pomiary z dwóch stałych punktów: krańca Fortu Key i oczyszczonego przez nas Fortu Fryderyk. Miałem rację! Wszystkie strumyki były przesunięte o około pięciu lub sześciu stopni w stosunku do położenia na mapie. Poleciłem skierować łódź w stronę kępy drzew po drugiej stronie portu. Gdy dobiliśmy dziobem do zarośli, naszym oczom ukazał się rozległy strumień. Jeff był zdumiony.

- Jak długo żyję – stwierdził – nie wiedziałem że ten strumień tu był.

Wskoczyliśmy do płytkiej wody i poczułem, że powinienem mieć wysokie buty, a przy pasie piracką szablę. Może naprawdę jest we mnie ten stary pirat Kapitan Jennings. Jedno jest pewne, że w tym momencie czułem się dość dziwnie. W tym czasie nasze dłonie już stwardniały, a nasze umiejętności w posługiwaniu się maczetą znacznie się polepszyły. Przedostanie się do pierwszego płaskiego miejsca zabrało nam dziesięć minut. Choć porośnięte wysoką trawą i małymi drzewkami, miejsce wyglądało na zagospodarowane kiedyś przez ludzi. Gdy stanąłem na krawędzi tarasu i spojrzałem dookoła odkryłem, że stoj na sztucznym usypisku i że po obu stronach także maiłem identyczne usypiska. To było miejsce, gdzie stał stary fort, który bronił osady Augusty, a usypiska były osłonami ziemnymi dla ustawionych tam dział. Idąc z Robinem wzdłuż krawędzi natknęliśmy się na dziewiętnaście niezależnych stanowisk dział broniących osady; było jasne, że mamy do czynienia ze sporą osadą. Jeff nie mógł wyjść ze zdumienia. Nigdy nie widział tego miejsca i nie słyszał, by w tym miejscu portu stał fort. Oprócz faktu, że fort miał mnie zaprowadzić do sady, nie byłem nim specjalnie zainteresowany. Ruszyliśmy przez gęstą trawę, w kierunku niewielkiego wzniesienia za fortem. Po przejściu kilkunastu metrów, moja maczeta odsłoniła kamienne fundamenty starego budynku. Wreszcie znaleźliśmy Augustę! W ciągu tego popołudnia odsłoniliśmy pas terenu szerokości dziesięciu metrów i długości prawie dwustu. Entuzjazm generuje niebywałe ilości energii. W naszych przepoconych ubraniach, z umorusanymi twarzami i rękoma i plecami obolałymi od pracy, stanęliśmy, by przyjrzeć się naszemu odkryciu.

- Howard – powiedział Robin cicho – czy zdajesz sobie sprawę, że możemy być pierwszymi ludźmi, którzy tu stoją od czasu, gdy osada została opuszczona ponad dwieście lat temu?

- Fakt – odparłem – A teraz czeka nas najgorsze.

- Czyli? – Spytał Robin.

- Wykopanie wszystkiego.

Powiedziałem Jeffowi, by ściągnął tu jutro naszych robotników i nadzorował ich pracę. Sam chciałem nazajutrz coś załatwić. Jeff się zgodził i wróciliśmy do Oakridge, by się porządnie wyspać.

Następnego dnia wszedłem do Oakridge, by zadać kilka pytań. W ciągu godziny siedziałem na samotnej przystani rozmawiając z posępnym gościem o nazwisku Billy Greenwood. Po zwyczajowych uprzejmościach, przeszedłem do sedna sprawy.

- Rozumiem, że jesteś posiadaczem kawałka ziemi w Port Royal – powiedziałem.

- No. Jakieś dwanaście akrów na cyplu w porcie i jakieś pięćdziesiąt troszkę dalej na zachód.

- Należy tylko do ciebie? W całości? – Spytałem.

- No – odparł Billy – tatuś mi zostawił. Mój brat ma sto akrów zaraz obok.

- Chciałbyś sprzedać kawałek?

Billy uśmiechnął się szeroko marszcząc twarz. - Ta ziemia się za cholerę nie nadaje do niczego. Próbowałem tam trzymać kozy, ale one nawet trawy tam nie lubią. Zresztą, nie sprzedam zachodniego kawałka.

Zastanawiałem się dlaczego, skoro to pięćdziesiąt akrów nie miało własnej plaży. Ale to nie ważne, ponieważ na tych dwunastu akrach znajdował się Fort Fryderyk. W tym momencie popełniłem pierwszy błąd w długiej historii swoich negocjacji.

- Czy zaakceptowałbyś tysiąc dolarów za te dwanaście akrów? – Spytałem. Szok, zdziwienie i przyjemność, która odmalowała się na twarzy Billego, dało mi do zrozumienia, że prawdopodobnie zaoferowałem dwa lub trzy razy więcej niż był gotów zaakceptować.

- Chodźmy spojrzeć na mapy – zaproponował Billy.

Poszliśmy do jego domu, jeśli można tak nazwać pozbawiony okien barak, trzy na dwa metry, z pofałdowanym dachem z blachy cynowej. Nic dziwnego, że tysiąc dolarów brzmiało atrakcyjnie skoro w tym czasie za tyle można było postawić niezły mały domek na Roatanie. Akt nadania własności był niesamowity, bo stanowił kilku centymetrowej grubości plik papierów przewiązanych sznurkiem. Pierwszym dokumentem był hiszpański tytuł do ziemi, piękny kawałek pisanej prawnej historii z 1649 roku. Przyjrzałem się granicom działki i odkryłem że była w formie „L” z najdłuższą częścią L skierowaną na południe i port, a krótszą częścią na wschód. Obie części L stykały się w miejscu gdzie odkryliśmy Fort Fryderyk. Tego popołudnia Billy i ja udaliśmy się do notariusza i złożyliśmy podanie o transfer własności z lokalnym przedstawicielem rządowym. Na maszynie Robina wystukałem obszerną umowę kupna i stałem się posiadaczem ziemskim w Port Royal. Nieco później, tego samego dnia, próbowałem zlokalizować właścicieli ziemi, na której stała stara piracka osada Augusta, ale dowiedziałem się, że do tytułu własności pretenduje czternastu spadkobierców. Mogło zabrać lata zanim, by się to wyklarowało, ale udało mi się dogadać z jednym ze spadkobierców i uzyskać od niego za $50 zgodę na eksplorację w tym miejscu. Tego wieczoru wpadł do nas na piwo Billy. Gdy siedzieliśmy na werandzie u Merle i czekaliśmy aż słońce zniknie w morskiej otchłani, zapytałem Billego, czemu nie zgodził mi się sprzedać tego drugiego, pięćdziesięcio akrowego kawałka ziemi. Zniżył swój głos i powiedział cicho:

- Wiesz coś o skarbach? Myślałem, że Robin zadławi się swoim piwem.

- Troszeczkę – odparłem.

- No – ciągnął dalej Billy – miałem taki sen...

Historia, którą opowiedział brzmiała nieprawdopodobnie. Praktycznie każda mała, wyizolowana społeczność na świecie wymyśli jakieś zabobony i dziwne zwyczaje, a ludność na Roatanie rozwinęła zwyczaj marzenia o ukrytych na wyspie skarbach. Mniej więcej rok wcześniej, Billy miał sen, z którego wynikało, że na jego większej działce ukryty jest olbrzymi skarb.

- Szukałeś tego skarbu? – Spytał Robin.

- Jasne – odparł Billy – wciąż go szukamy. To powinno Robinowi wystarczyć, ale ciągnął dalej temat.

- Znalazłeś cokolwiek?

- Jeszcze nie – odparł Billy bez cienia wątpliwości lub rozczarowania.

Powiedział nam, że wspólnie z bratem kopali tajną „dziurę” i byli pewni osiągnięcia sukcesu. Nakręcony tysiąc dolarowym czekiem w kieszeni, zaoferował, że nazajutrz pokaże nam tę dziurę. Przyznaję, że mnie zaciekawił, ale kolejny dzień stracony w naszych poszukiwaniach oznaczał jeden dzień bliżej do wyjazdu Robina. Wreszcie zgodziliśmy spotkać się z Billym w jego dziurze, zanim wyruszymy do Augusty. Następnego dnia, Jeff przybił łódź na brzegu działki Billego. Gdy Billy zobaczył z nami Jeffa, dał wyraźnie do zrozumienia, że nie chce, by Jeff poszedł z nami. Billy miał w Oakridge reputację bycia równie w porządku, co nieprzyjemnym gościem. Jeff, niezwykle na luzie gość, uśmiechnął się, pomachał nam przyjacielsko i pokazał, że zaczeka do naszego powrotu. Billy powiódł nas wąską ścieżką jakieś trzysta metrów w głąb lądu. Co tam zobaczyliśmy było oszołamiające. Billy i jego brat, na podstawie dziwnego snu, wykopali dziurę w podstawie urwiska. Otwór, po roku ciężkiej pracy przy usuwaniu skał i kopaniu ziemi, miał sześć metrów średnicy. Dziura była wykopana w brunatno-czerwonej twardej glebie na głębokość ponad dwunastu metrów. Praca i wysiłek, które musieli włożyć wydawały się przekraczać ludzkie możliwości. Zdecydowaliśmy z Robinem, że powinniśmy sprawdzić dziurę jednym z wykrywaczy. Robin poszedł do łodzi i przyniósł najsilniejszy z naszych detektorów. Złożyłem detektor i przez jakieś dziesięć minut sprawdzałem ściany i dno otworu. Nie miałem serca, by powiedzieć Billemu, że nie było nawet szmeru sygnału choć podkręciłem czułość tak, że mogłem wychwycić sygnał nawet gdyby był to pchli zegarek.

- Billy – powiedziałem – nie wiem. Nie wiem, czy tam jest skarb, czy go nie ma. Wiem tylko, że gdybym był na twoim miejscu, to przestałbym już kopać. Billy uśmiechnął się.

- Tak jak powiedziałeś Howard, te maszyny nie mogą nic stwierdzić, nie tak jak sen. Ale dzięki, że próbowaliście mi pomóc.

Skinęliśmy głowami i zostawiliśmy go tam. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że kopie tę dziurę do dziś. Mieliśmy swoje własne sny tyle, że takie, które ma się na jawie i gdy zmierzaliśmy na teren naszej osady, wydawały się nam bardzo prawdopodobne. Nasza pięcioosobowa załoga wycięła prawie osiem tysiecy metrów kwadratowych terenu zanim tam dotarliśmy i ustawiliśmy nasze wykrywacze. Podzieliliśmy się rejonami do przeszukania, ale ostrzegłem Robina

- Przy fundamentach budynków będzie mnóstwo żelaznych śmieci. Nie oczekuj że każdy sygnał będzie garnkiem złota.

- Dobra, dobra, ale chodźmy już i zacznijmy kopać jakieś dziury – Odparł Robin niecierpliwie.

Kilka minut później usłyszałem wyraźny sygnał. Zaatakowaliśmy to miejsce, wyciągając jedynie dużą mosiężną klamrę od buta tuż pod powierzchnią. Pierwszego dnia naszych poszukiwań w Auguście nie znaleźliśmy nic bardziej wartościowego od tej klamry, ale nie czułem się zniechęcony. Byłem pewien, że gdzieś wśród tych ruin, jakiś pirat ukrył swoja fortunę, po czym wyruszył na morze, gdzie zginął zabierając swój sekret do grobu. Dwa kolejne dni intensywnej i meczącej pracy okazały się bezowocne. Trzeciego dnia nasza cierpliwość została nagrodzona. Była niedziela i nie było z nami Jeffa. Mocna etyka osiemnastowiecznej protestanckiej Anglii wciąż dominowała na Roatanie i praktycznie każdy w niedzielę ruszał do kościoła. Robin i ja chcieliśmy pracować. Już o dwa dni przekroczyliśmy jego dziesięciodniowy termin i tak był niecierpliwy, że już o szóstej trzydzieści przybiliśmy łodzią do Augusty, a o siódmej już pracowaliśmy. Robin miał dylemat: Potrzebował wznowić swoje badania nad Zielonymi Beretami, ale chciał też zostać i zaspokoić swoją gorączkę złota. Chwycił wykrywacz i zaczął szukać z pasją. Tuż przed ósmą sprawdzałem dookoła fundamentów domu, który wyglądał na nieco większy od reszty. Przeszedłem na tył domu, gdzie znajdować się musiał kiedyś ogród i stanąłem próbując myśleć tak jak pirat, który być może stał w tym miejscu jakieś dwieście lat wcześniej. Przeszedłem od miejsca, gdzie byłyby tylne drzwi, zatrzymując się w punkcie, który zdawał się być dobrą lokalizacją na schowek. Stary Kapitan Jennings musiał naprawdę sięgać z przeszłości, by mnie poprowadzić, gdyż po kilku ruchach wykrywaczem dostałem najsilniejszy sygnał, jaki do tej pory mieliśmy.

- Hej Robin! Podejdź tutaj. – Próbowałem nie okazywać moich emocji, ale podniecenie w moim głosie było niemożliwe do ukrycia. Robin przybiegł natychmiast z miejsca, gdzie pracował, jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, szarżując jak żołnierz podczas walki, tyle, że zamiast broni trzymał szpadel.

- Tylko spokojnie – ostrzegłem – Mam dobry sygnał, ale się nie podniecaj.

Podałem mu wykrywacz i sam sprawdził, że sygnał był mocny i rozległy. Bez słowa obaj chwyciliśmy za łopaty. Robin trafił na to pierwszy. Ostrze trafiło na metal i od razu rzucił się twarzą do dziury. Odgarniając ziemię odsłonił jakieś dziesięć centymetrów kwadratowych płaskiego metalu. W ciągu kilku sekund odsłoniliśmy metalową skrzynkę. W tamtych czasach, gdy dopiero próbowałem swych sił w biznesie poszukiwawczym, popełniałem dużo błędów. W ciągu wielu lat, które minęły obserwowałem, jak prowadzi się wykopaliska, jak tworzy się dokładną dokumentację, jak usuwa się ziemię przy pomocy delikatnych szczoteczek i szpachelek. Ale my waliliśmy w tę skrzynkę, ciągnęliśmy ją na wszystkie strony i w końcu otworzyliśmy ją przy pomocy łomu. Pojemnik został uszkodzony na dobre. Patrząc wstecz żałuję i chciałbym, żebyśmy byli wtedy bardziej uważni. Skrzynka była w całości mocno zardzewiała, ale sądzę że mógłbym ją uratować. Jaką wspaniałą pamiątką, by dziś była. Jednak, jedno uderzenie młotem w zamek zamknęło sprawę skrzyni dla potomności. Gdy odpadło wieko dojrzeliśmy błysk złota między przyciemnionymi srebrnymi monetami, którymi skrzynka była w połowie wypełniona. Był to dla nas niesamowity moment. Jeśli nasza wyprawa na Roatan nie miała już nic więcej przynieść oprócz tej skrzynki i jej zawartości, to była w pełni uzasadniona, nie tylko dla jej wartości, ale dla niezwykłych przeżyć związanych z jej odkryciem. Przyglądając się z bliska, widzieliśmy, że złoto jest w formie naszyjnika, który częściowo był stopiony razem ze srebrnymi monetami. Korozja powierzchniowa srebrnych monet wszystkie je scaliła, więc zdecydowaliśmy zabrać całą tę masę do Oakridge. Zrobiliśmy sobie wczesny lunch z rumu i lemoniadki, zostawiając kanapki-niespodzianki zrobione przez Merle, mrówkom. Nakręceni przez wysokooktanowy rum, spakowaliśmy naszą zdobycz do plecaka i prowadzeni przez jakąś łaskawą siłę z góry, wpłynęliśmy łodzią Jeffa na lagunę w Oakridge. Podpłynęliśmy prosto na przystań do Merle. Nie musieliśmy zawiadamiać Jeffa. Gdy zobaczył, że płyniemy do Merle, instynktownie wiedział, że coś mamy. Gdy tylko weszliśmy na ganek okazało się, że Merle ma nowego gościa. Bujając się łagodnie w popołudniowym słońcu, na fotelu siedziała wysoka i smukła brunetka. Robin i ja stanęliśmy jak wryci.

- Dzień dobry – powiedziała patrząc na nas.

Równie dobrze mogła powiedzieć „odpadły wam ręce” i też bym się uśmiechnął. Te długie nogi były kompletnie rozpraszające.

- Nazywam się Gail Morton – powiedziała – Mój mąż nazywa się Beau Morton. Jesteśmy z Atlanty – dodała widząc moje szybkie spojrzenie na jej lewą dłoń.

Zawsze miałem słabość do tego czarującego akcentu z Południa. Choć nie byłem zachwycony poznawaniem teraz obcych, którzy mogli się zainteresować moimi sprawami, to spotkanie było szczęśliwe. Miałem jeszcze spotkać Mortonów w innym kontekście. Zanim zdążyliśmy się sobie przedstawić, na ganek wszedł Jeff, więc po paru miłych słowach udaliśmy się do mojego pokoju. Robin, zmagając się z wagą plecaka, położył go ostrożnie na podłodze.

- Szkoda, że cię z nami nie było Jeff – powiedziałem – coś znaleźlismy i dwadzieścia procent jest twoje, tak jak to ustaliliśmy.

Otworzyliśmy plecak. Hiszpanie prowadzili kopalnie srebra w Meksyku i Peru a w Limie mieli nawet mennicę, gdzie wybito wiele srebrnych monet. Były z najczystszego srebra i gdy takie srebro zetknie się z powietrzem zawierającym nominalną ilość siarki, czernieje poprzez utlenianie. Nasze monety wyglądały, jak bryły węgla. Wiedziałem, że przypadkowe wystawienie na działanie kwasu azotowego lub chloru może spowodować drastyczne zmiany w fizycznej postaci czystego srebra. Azot może powstać przez amoniak i chlor zawarty w wielu ogólnie dostępnych środkach czyszczących, więc byłem szczególnie ostrożny z naszą czarną bryłą bogactwa. Użyliśmy słoik najlepszego środka do czyszczenia srebra, który rozpuściliśmy do postaci wodnistego płynu. Odrywaliśmy monety pensetami pokrytymi plastikiem, pomagając sobie wykałaczkami i wacikami. Dwie godziny poświęciliśmy na uwolnienie naszyjnika, w stanie nieuszkodzonym. Wreszcie skończyliśmy i spojrzeliśmy na naszą mini-wystawkę starożytności i bogactwa ułożoną teraz na moim łóżku.

- To sprawia, że naprawdę gra jest warta świeczki, prawda Howard? – Powiedział Robin z respektem w głosie. Skinąłem głową i spojrzałem na Jeffa. Przed nim leżało pewnie tyle forsy, że wystarczyłoby na silnik do jego łodzi. Na twarzy malował mu się wyraz głębokiego zadowolenia. Nie było śladu chciwości, tylko sama przyjemność. Naszyjnik był dość ciężkim łańcuszkiem, świetnie wykonanym i wyglądało na to, że europejskiej roboty. Był tak długi, że musiał być noszony podwójnie. Były też 142 sztuki poczerniałych „pieces of eight” czyli 8 Reale, z lat 1635 do 1687. Wszystkie były w dobrym stanie i mogły być łatwo wyczyszczone. Na spodzie znaleźliśmy cienki i mocno wynoszony złoty pierścień.

- Ciekawe jak jest historia tej biżuterii? – Powiedział Robin.

- Być może pirat był wdowcem, a te rzeczy należały do jego żony? – Po chwili uśmiechnąłem się do siebie i swoich romantycznych wizji – Bardziej prawdopodobne, że jest to część łupu z jakiegoś hiszpańskiego statku.

Tak czy inaczej, łup po przeleżeniu dwustu lat w ziemi należał teraz do nas. Zastanawiałem się nad jego bezpiecznym przechowaniem. Na Roatanie nie było czegoś takiego, jak bankowe sejfy i wiedziałem, że skarb zostanie momentalnie skonfiskowany przez rząd, gdy tylko sprawa wyjdzie na jaw. Powiedziałem o swoich obawach Jeffowi i Robinowi. W odpowiedzi Jeff skierował swój palec ku górze. Z początku przestraszyłem się, że sugeruje byśmy naszą zdobycz powierzyli opiece wszechmogącego, ale gdy spojrzałem na sufit, dostrzegłem tam niewielki prostokąt. Jeff pracował jako stolarz podczas budowy tego domu dla Merle i ten właz w suficie był po to, by ułatwić dojście na dach w razie konieczności napraw. Ta niewinna dziura w suficie stała się naszym bankiem. Zaczynałem doceniać problemy przed jakimi stawali dawni piraci. Kiedy nie ma się w pobliżu banku lub sejfu, by zabezpieczyć kosztowności to robi się problem; przychodzi pokusa, by wykopać dziurę i je zakopać. Tej nocy moje sny zdominowała soczysta Gail Morton i miałem pewną nadzieje, że zobaczę ją jeszcze przed wyjazdem. Jednak wyruszyliśmy wcześnie rano i gdy po południu wróciliśmy z Port Royal, Mortonowie wyjechali. Tej nocy zgodziliśmy się z Robinem zakończyć naszą ekspedycję. Nasza praca nie przyniosła tego dnia żadnych rezultatów i zdecydowaliśmy, że nazajutrz wyruszymy po skrzynię Mitchell-Hedgesa. Poszliśmy do domu Jeffa i zastaliśmy go przy naprawie swojej łodzi.

- Jeff, nadszedł czas żebyś się o czymś dowiedział – powiedziałem mu – Robin i ja szukamy czegoś konkretnego. Czegoś dużego. Nie mogę nic obiecać, ale dostaniesz swoją część znaleziska. Umówiliśmy się wszyscy wcześnie rano.

Wyruszyliśmy o świcie, kierując się wprost na wysepkę, którą Sammy Mitchell-Hedges pozytywnie zidentyfikowała, jako miejsce ukrycia skrzyni. Była to malutka kupa piasku, znana jako „Careening Cay”. „Careening” to stare morskie określenie na pozostawienie łodzi na plaży podczas przypływu, tak by umożliwić czyszczenie lub naprawy podczas odpływu. Po ich dokonaniu łódź jest ponownie wodowana wraz z przypływem. Skarb mógł zostać ukryty na wysepce przez kapitana statku, właśnie podczas takiej operacji. Bardzo uważaliśmy, by nie kręcić się w pobliżu tego miejsca, gdyż nie chcieliśmy budzić podejrzeń. Choć nigdy nie wspominaliśmy o Mitchell-Hedgesie, byliśmy pewni, że o jego wizycie i skarbie krążyły legendy i plotki. Nie chcieliśmy, by przez podejrzenia uniemożliwiono nam szukanie. Gdy zbliżyliśmy się do plaży i po raz pierwszy uważnie przyjrzeliśmy się wysepce, wymieniliśmy z Robinem spojrzenia pełne rozczarowania. Najwyższy punkt wysepki wystawał niecały metr nad poziomem morza, a cała wyspa była porośnięta tropikalnymi drzewami. Gorzkie wspomnienie naszej porażki na Morant Keys obu nam stanęło przed oczami. Jeśli o mnie chodzi to gotów byłem zrezygnować z przybijania tam łodzią, ale Robin namówił mnie żeby spróbować. Rezultaty były takie, jak się spodziewałem – koncentracja soli w wodzie dawała nam wyraźne, ale fałszywe sygnały. Nawet nowoczesne i drogie wykrywacze, które ze sobą mieliśmy były bezużyteczne na tej wysepce. Dziś można już kupić sprzęt, który będzie działał nad słona wodą, ale wtedy wiedzieliśmy z Robinem, że matka natura znowu nas pokonała. Pamiętam, że spojrzałem się na Robina, który stał tam ze szpadlem w ręce, pytając go:

- Czy zdajesz sobie sprawę, że ta skrzynia może być jakieś pięćdziesiąt metrów od nas ale my nie będziemy mogli jej znaleźć?

- Chcesz przekopać wyspę? Spytał Robin, zachowując swoje poczucie humoru.

- Nie dzisiaj.

- Ja też nie – odparł – Pieprzyć to.

Z miejsca, w którym staliśmy widać było malutkie wysepki: Krowę i Cielaka, które obserwowałem podczas mojej pierwszej wyprawy do Port Royal z Jeffem. Robin chciał je sprawdzić ze sprzętem. Były czyjąś prywatną własnością i czułem, że są zbyt małe, by ukryć na nich skarby, ale zdecydowaliśmy się spróbować. Skierowaliśmy się na zachód, do portu i przybiliśmy do wysepek, gdy zaczynało lekko siąpić. Użyliśmy folii by przykryć detektory, nie martwiąc się, że sami zmokniemy, bo choć tropikalne ulewy mogą być intensywne to, gdy po deszczu wychodzi słońce można wyschnąć w parę minut. Jeff przybliżył łódkę do Cielaka. Powierzchnia była tak skalista, że ziemi nie było na tyle, żeby zakopać skarb, a skalne ściany wystawały na kilka metrów w górę. Nie mogłem sobie wyobrazić piratów wciągających skrzynie złota linami na górę. Mając nadzieje, że pobliska Krowa nie będzie tak niedostępna, skierowaliśmy się przez wąski przesmyk wody oddzielający obie wysepki. Po jednej stronie wysepki znajdowało się miejsce do lądowania wyciosane ze skał. Z wody nie było widać wnętrza wyspy, ale były drzewa i bujna roślinność. Na Krowie musiała być ziemia. Gdy Jeff zbliżył się łodzią, dojrzeliśmy wykute w skale schody. Może nie było tutaj skarbów, ale dawno temu ktoś zadał sobie wiele trudu by ułatwić dostęp do wyspy. Weszliśmy po wytartych i zwietrzałych stopniach na szczyt trzymetrowej skały. Centrum wyspy było nie większe niż trzydzieści metrów kwadratowych, ale było to piękne i odludne miejsce. Zaledwie po kilku metrach, Robin dokonał kolejnego odkrycia. W miejscu, które oczyścił swoja maczetą ujrzeliśmy fundamenty kamiennego budynku. Gdy we trójkę wzięliśmy się za wycinanie w ciągu godziny udało się nam odsłonić fundamenty kamiennego, całkiem sporego budynku o wymiarach około 10 x 8 metrów. Zauważyliśmy więcej stopni wykutych w skale i wspięliśmy się po nich. Po prawie czterech metrach weszliśmy na kolejną płaską przestrzeń, z której mieszkańcy wysepki mogli obserwować cały port. Jeff wrócił na łódź, by przynieść jeden z wykrywaczy. Robin chodził z nim około dwudziestu minut i zdecydował, że miejsce jest pozbawione sygnałów. Przejmując od niego sprzęt znalazłem kawałek żelaza przytwierdzony do nadpalonej deski. Było jasne, że w przeszłości był tu pożar. Sądząc, że jego przeczucie nie było trafne, Robin wspiął się na ścianę i usiadł tam z Jeffem przyglądając się moim poszukiwaniom. Upłynęło kolejne piętnaście minut.

- Howard, dajmy sobie już spokój – Zawołał Robin niecierpliwie.

Zgodziłem się i Robin wraz z Jeffem poszli w kierunku łodzi. Ja wciąż chciałem jeszcze poszukać przez kilka minut. Właśnie miałem wyłączać detektor, gdy usłyszałem bardzo wyraźny sygnał. To był dobry sygnał i rozmiar był obiecujący. Rozejrzałem się za Robinem i Jeffem, ale oni zeszli już do łodzi.

- Hej! Przynieście ten cholerny kilof i szpadel! – Krzyknąłem podchodząc do skalnej ściany. W ciągu paru minut już byli na górze. Gdy zaczęliśmy kopać, sygnał znacznie się powiększył. Coś było pod nami! Deszcz zaczął padać coraz mocniej, ściany tłumiły naturalny przewiew i gorąco sprawiało, że nie było czym oddychać. Wszyscy byliśmy zlani potem i deszczem. Dziura stawała się błotnym bajorkiem, ale my wciąż kopaliśmy. Robin uderzył kilofem o skałę.

- Kurwa mać – powiedział z obrzydzeniem – tu nie ma nic oprócz skał.

- Wpuść mnie tam z wykrywaczem – powiedziałem – dobrze wiem, że jest tam cholerny metal.

Znowu igła potencjometru wykrywacza znacznie się wychyliła, a w słuchawkach huknął głośny sygnał. Wyglądało na to, że kopiemy trochę obok środka. Wiedziałem, że Robin sądził, że powinniśmy sobie już odpuścić, ale wszedł z powrotem do dziury i kopał. Poszerzył otwór i uklęknął, grzebiąc rękoma po płaskiej powierzchni skały.

- Mam! – Krzyknął – Znalazłem szczelinę w skale. Jest prosta jak strzała. Musiała być zrobiona przez człowieka.

Jeff także wszedł do dziury i i wyczuwając ręką, gdzie jest szczelina, włożył tam końcówkę kilofa. Ciągnął i szarpał kilofem, aż w końcu wyjął płaski, ręcznie wycięty kilku centymetrowej grubości kamień. Wyszedł z dołu, by mi go pokazać.

- Tu jest drewno – krzyknął Robin – Malowane. Najprawdziwsze na świecie drewno Howard.

Położyłem detektor i wskoczyłem do dziury. Zbierając w ręce ziemię zobaczyliśmy wreszcie kształt skrzynki. Miała wymiary około 60 na 60 centymetrów. Wszyscy zaczęliśmy ciągnąć, aż wreszcie ją wydobyliśmy. Postawiliśmy skrzynkę na ziemi i momentalnie zapomnieliśmy o wszystkich dzisiejszych niepowodzeniach. Nie widzieliśmy niczego oprócz tej ślicznej skrzynki, która tam stała. Czekała dwieście lat byśmy ją wykopali. Przez kilka minut Robin bezskutecznie usiłował rozpracować zamek i zawiasy. Wyglądało na to, że czas zamknął skrzynię na dobre. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

- Jasne, rozwal sukinsyna – odpowiedziałem.

Używając rączki maczety jako młotka, Robin roztrzaskał górę i przegniłe drewno się rozpadło. Niemal nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Na samej górze była para rozpadających się wysokich butów, jakie można było zobaczyć w filmach o piratach np. z Errolem Flynnem. Robin je wyciągnął i podał Jeffowi. Pękły gdy próbował je wyprostować. Pod spodem był jakiś materiał. Było ciężko powiedzieć dokładnie jaki, bo był czarny i pomarszczony i rozpływał się na deszczu. Gdy się przyjrzeliśmy bliżej okazało się, że była to suknia a jej kolor wynikał stąd, że była z brokatem z czystego srebra. Dalej było przegniłe drewniane pudełko, w którym znajdował się mocno skorodowany kwadrant nawigacyjny. Tuz obok niego był mały skórzany woreczek w zadziwiająco dobrym stanie. Był ciężki, ponieważ w środku były dwie garście jasnych, błyszczących samorodków złota.

- No, to już do cholery lepiej – powiedział Robin – Nigdy w życiu nie widziałem nic piękniejszego. Pomyśleliśmy, że samorodki to nasz skarb i byliśmy szczęśliwi. Nie mieliśmy pół miliona w skarbach jak Mitchell-Hedges, ale coś znaleźliśmy i to było dla nas ważne. Jeff pchnął skrzynkę w kierunku dziury chcąc ją z powrotem zakopać.

- Cholera – powiedział – ale ten diabeł jest ciężki.

Wtedy zauważyłem coś dziwnego. Deszcz padający do skrzyni nie wsiąkał w dno, choć drewno było już mocno zbutwiałe i powinno wchłaniać wodę. Pochyliłem się, by się lepiej przyjrzeć. Jeff się odwrócił, by podnieść nasz wykrywacz i zabezpieczyć go przed deszczem, a Robin był zajęty oglądaniem samorodków złota. Spojrzałem ponownie na dno skrzynki i wyciągając nóż zacząłem drapać powierzchnię. Za moment usiadłem oszołomiony.

- Robin – powiedziałem – jeśli dam ci wszystkie samorodki, to czy mogę zatrzymać sobie skrzynkę?

- Czemu? – Spytał pochylając się nad nią – Co tam do cholery znalazłeś?

Odkryłem, że to, co wzięliśmy za dno skrzynki było w rzeczywistości dwoma warstwami równo ułożonych szesnastu sztabek srebra. Trzydzieści kilogramów niemal czystego srebra. Nie marnowaliśmy czasu, by zasypywać dziurę. Pieprzyć to. Znaleźliśmy skarb i zanim ktokolwiek się o tym dowie powinniśmy zniknąć z wyspy. Zabraliśmy nasz łup i sprzęt na łódź. Jeff miał stary worek i wrzuciliśmy do niego nasze złoto i srebro. Zanim zawiązałem worek, podałem Jeffowi dwie sztabki srebra i duży samorodek. Wszyscy wracaliśmy z naszej przygody z jakąś nagrodą. Gdy wróciliśmy do naszej kwatery, Merle stała na ganku z wyraźnie zmartwioną miną. Deszcz stukał głośno o metalowy dach domu.

- Howard, dwóch żołnierzy z oficerem szukało cię dziś rano – powiedziała.

Nie pytałem dlaczego, tyle mogłem zgadnąć. Ktoś zaczął coś wreszcie podejrzewać, albo stał się zazdrosny i dał znać władzom.

- Czy wrócili do swojej bazy? – Spytałem. Jeśli wrócili do koszar policji w Coxen Hole, mieliśmy nad nimi przewagę czasową.

- Nie – odpowiedziała wciąż nie mogąc pozbyć się zmartwienia z twarzy. – Mieli ruszyć do Port Royal, ale spadł deszcz. Chcą się tam z tobą zobaczyć jutro. Chcą wiedzieć, co tam robicie z Robinem.

- Czy coś mówili? – Spytał Robin.

- Nie. Powiedziałam im, że pewnie chcecie tam zbudować dom, ale nie sądzę że mi uwierzyli. Martwię się Howardzie.

- Nic się nie bój, Merle – próbowałem ją jakoś pocieszyć – Wszystko będzie dobrze.

Nie miałem żadnego planu, co do naszej ewakuacji, ale błyskawicznie zacząłem nad nim pracować. Zabrało mi to około trzydziestu sekund. Powiedziałem Robinowi, żeby spakował nasze rzeczy, ale zostawił mosiężne sprzączki i guziki i wszystkie inne rzeczy, które miały wartość jedynie jako pamiątki. Musieliśmy zapakować złoto i srebro do naszych walizek razem z ubraniami. Potem poszedłem do domu Jeffa Tree. Właśnie zabezpieczył swoją łódź i przygotowywał sobie kąpiel. Wytłumaczyłem mu, co się dzieje i że musimy się momentalnie ulotnić. Przeprawa z Roatan na stały ląd to jakieś pięćdziesiąt kilometrów wiecznie wzburzonego morza. Kolumb płynął tędy podczas swojej czwartej wyprawy i taki dostał wycisk od morza, że jak wreszcie udało mu się przedrzeć przez morskie bałwany, powiedział: „Gracias a Dios”, „Dzięki Bogu”. To miejsce jest wciąż zaznaczone na mapach: Cape Gracias a Dios. Wiedziałem, że to morze jest zbyt groźne dla łodzi Jeffa więc sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem dwa banknoty studolarowe.

- Czy możesz gdzieś wynająć łódź, która zabierze nas do Hondurasu? – Spytałem.

W ciągu godziny Jeff przycumował na przystani u Merle, sportowym kutrem rybackim. Był stary, ale dostosowany do morskiej przeprawy i miał dwa sprawne silniki. Jeff znalazł także Rileya Gougha, gdy ten popijał piwo u Nonnie. Riley był przyzwyczajony do przepraw, więc miał asystować Jeffowi. Załadowaliśmy nasze bagaże, rozliczyliśmy się z Merle, wskoczyliśmy do łodzi i skierowaliśmy się na burzliwe morze. Podczas rejsu do La Ceiba, pokazałem samorodki złota Rileyowi, który stwierdził, że słyszał opowieści o rzece złota właśnie tu, w Hondurasie. Jeśli byłbym kiedyś zainteresowany, powiedział, to mam się do niego zgłosić i moglibyśmy wspólnie jej poszukać. Zapisałem w pamięci tę opowieść, ale dzisiejszej nocy najważniejsze było to, by znaleźć się jak najdalej od cholernych władz. Przeprawa była trudna, ale udało nam się. Riley i Jeff ruszyli z powrotem na Roatan, a my na lotnisko. Kiedy tam dotarliśmy była już ósma i lotnisko było zamknięte. Zostawiłem Robina z bagażami, a sam poszedłem do lokalnej cantiny, gdzie znalazłem Billa Earle. Bill jest z Florydy, służył w Armii Amerykańskiej podczas wojny w Korei i był właścicielem niewielkiej firmy czarterowej w La Ceiba. Rozwinąłem temat „starych towarzyszy broni” z wojny w Korei i w końcu udało mi się go nakłonić, by zabrał nas do San Pedro Sula skąd o dziesiątej odlatywał samolot do Belize w Brytyjskim Hondurasie. Byliśmy na miejscu na dziesięć minut przed jego odlotem. Zanim porwania samolotów nie stały się modne, podczas wylotów nie sprawdzano bagaży, więc weszliśmy prosto na pokład. Polecieliśmy do Belize, tam przesiedliśmy się na lot linii BWIA, zatrzymaliśmy się na postój w Grand Cayman i dotarliśmy do Montego Bay o pierwszej nad ranem. Dzięki firmie, która produkuje piwo „Red Stripe” na Jamajce, bar na lotnisku w Montego Bay jest czynny do późna. Robin i ja zamówiliśmy sobie po dwóch dużych drinkach i próbowaliśmy się zrelaksować.

- Co teraz Robin? – Spytałem z uśmiechem.

- Twój tyłek Howard – odpowiedział wybuchając śmiechem.

- Chciałbyś tam wrócić i spróbować znaleźć tę rzekę złota, o której mówił Riley? – Spytałem.

Robin spojrzał na mnie znad brzegu szklanki. - Wsiadam do samolotu i lecę znaleźć miłą, spokojną wojnę – powiedział – Po Port Royal wszystko, co tam będą mieli to pestka. Ty jedź i szukaj swoich skarbów. Ja zajmę się czymś łatwym.

I tak właśnie zrobiliśmy. Robin wyruszył, by spędzić kilka następnych lat pracując nad The Green Berets a ja wyruszyłem na poszukiwanie skarbów. Wietnam nie był pestką. Peru także nie.

Książka „Łowcy Skarbów” ukazała się nakładem Instytutu Wydawniczego „Erica” i jest dostępna w każdej dobrej księgarni.


Powrót do spisu treści.




Copyright © by Thesaurus News 2007.
All Rights reserved ®