"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem, ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona, albo wątpisz czy mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem, co stylem życia..."
- Howard Jennings

Skarby na hałdach, czyli poszukiwania post-archeologiczne
Peregrin


Prawie w całym kraju trwają intensywne badania archeologiczne. Budowa kolejnych odcinków autostrad, dróg szybkiego ruchu, nowe inwestycje budowlane w wielu polskich miastach to tylko niektóre przyczyny tego archeologicznego boomu. Z jednej strony należałoby się oczywiście cieszyć, że dzięki nowym badaniom odkryte zostaną nieznane dotąd karty polskiej historii. Czy jednak ilość na pewno równa jest jakości? Jak w rzeczywistości wygladają takie badania, jakie są ich rezultaty i co oznaczają dla polskich poszukiwaczy? Przyjrzyjmy się z bliska miejskim badaniom archeologicznym i spróbujmy odpowiedzieć na te pytania.

Wykopaliska w mieście prowadzone są często jednocześnie w kilkunastu różnych punktach. Najczęściej jednak nie jest to jedna instytucja lecz różne firmy archeologiczne, które zostały w tym celu wynajęte przez inwestorów. Część badań prowadzona jest przez miejskie muzeum archeologiczne, część przez podwykonawców wynajętych przez to muzeum a część przez niezależne firmy, które same zdobyły zlecenia od inwestorów. Ponieważ według polskiego prawa inwestor jest zobowiązany do przeprowadzenia badań, w odpowiedzi na budowlany boom w naszym kraju powstała znaczna ilość prywatnych firm archeologicznych, które uzupełniają szczupłe możliwości muzeów.

W teorii mamy więc sprawnie działający system w którym inwestor płaci archeologom, obojętnie czy pracującym dla instytucji państwowej czy prywatnej jednak w obu wypadkach dobrze wykwalifikowanym, za przeprowadzenie rzetelnych badań przed rozpoczęciem prac budowlanych. Teoria jednak dość znacznie mija się z praktyką gdy uświadomimy sobie, że w interesie inwestora jest jak najszybsze rozpoczęcie budowy i przeznaczenie jak najmniejszych środków na obowiązkowe wykopaliska. Ponieważ firm archeologicznych jest wiele i konkurują one ze sobą o nowych klientów i lukratywne kontrakty, inwestorowi nie jest trudno znaleźć wykonawcę, który podejmie się przeprowadzenia prac na „kompromisowych” warunkach, co siłą rzeczy oznacza oczywiście w miarę szybkie tempo i stosunkowo niski koszt na metr kwadratowy badanego terenu.

Bardzo często podczas badań w mieście standardem jest używanie koparek i spychaczy na wykopaliskach, szybkie rysowanie profili i pośpieszne katalogowanie znajdowanych zabytków. Te ostatnie znajdowane są najczęściej przypadkowo przez zatrudnionych kopaczy-robotników, bez których niemożliwe byłoby prowadzenie jakichkolwiek prac. Problem jednak w tym, że kopacz zarabia stosunkowo mało (w chwili pisania tego artykułu ok.10zł brutto na godzinę) i nie ma żadnego pojęcia o randze prowadzonych prac ani o zabytkach czy też obowiązku ich ochrony. Nic więc dziwnego, że często bagatelizuje znaleziska a czasem wręcz próbuje je wynieść z terenu wykopalisk, licząc zapewne na szybki zysk. Tak oczywiście zachowują się tylko nieliczni kopacze, ale jest to oczywiście skutek konieczności zatrudniania taniej i nieprzeszkolonej siły roboczej.

Na szczęście na coraz większej ilości wykopalisk pojawiają się osoby używające wykrywaczy metalu, których zadaniem jest „wychwytywanie” metalowych zabytków z ziemi wybranej przez kopaczy lub z hałd pozostawionych przez koparki i spychacze a przygotowanej do wywiezienia. Pracownicy używający wykrywaczy to czasem (rzadko) archeolodzy lub niestety osoby, które mają małe pojęcie o specyfice pracy z detektorem. Na szczęście najwiekszą zatrudnioną grupą są autentyczni poszukiwacze. W zależności od terenu badań, taki poszukiwacz znajduje dziennie kilkadziesiąt metalowych przedmiotów, które nie byłyby odkryte w żaden inny sposób. Niestety, tempo prac i niewyobrażalna wręcz ilość koniecznej do przeszukania ziemi sprawia, że tylko część zabytków udaje się uratować. Co się dzieje z resztą i czemu zatrudnieni poszukiwacze nie wychwytują wszystkiego? Załóżmy, że pracujemy w wykopie, powiedzmy 15 metrów długości na 10 szerokości, gdzie ścianki mają około 1.5 metra wysokości. Jak chyba nietrudno sobie wyobrazić, to bardzo duża powierzchnia do przeszukania, gdzie poszukiwacz powinien używać jedynie trybu all-metal, bo przecież istotny może być jakikolwiek przedmiot metalowy, w tym żelazne okucia drzwi, zamki, podkowy itp. Dodatkowo podczas badań miejskich, oprócz potężnej ilości sygnałów, sprawę utrudniają zakłócenia spowodowane dużą ilością budowlanych „śmieci” oraz różnorodnym sprzętem mechanicznym działającym na wykopaliskach.

Gdyby zatrudniony poszukiwacz miał możliwość dokładnego i systematycznego przeszukiwania całego takiego wykopu, czyli wyjęcia sygnałów w warstwie 10-30cm, to nie byłoby problemu. Niestety tak się nie dzieje, gdyż w rzeczywistych warunkach badania prowadzone są niezwykle szybko i koparka bardzo często wybiera kilkumetrowe warstwy ziemi które następnie usypywane są w wysokie hałdy, przygotowywane do dalszego wywozu. Poszukiwacz siłą rzeczy zmuszony jest więc do podzielenia swojego czasu pracy na chodzenie po wykopie i pracę na hałdach. Ze względu na ciągły pośpiech panujący na wykopie, odpada również poszukiwanie w trybie all-metal i konieczne staje się włączanie dyskryminacji by spróbować uratować przynajmniej przedmioty z metali kolorowych, co już samo w sobie jest częściowym zaprzeczeniem istoty badań archeologicznych. Dyskryminacja metali niesie ze sobą dodatkowe trudności bowiem możemy być pewni, że ze względu na dużą ilość żelaznego złomu bardzo duża ilość przedmiotów „kolorowych” będzie po prostu maskowana i niewidzialna dla wykrywacza.

Częściowo pomaga tu praca przy użyciu sondy-snajperki, koniecznej na trudnym terenie miejskich wykopalisk, ale to rozwiązanie z kolei sprawia, że poszukiwania jeszcze bardziej się wydłużają ze względu na niewielką średnicę takiej sondy. Z kolei poszukiwania zabytków na hałdach to dosłowny wyścig z czasem bo koparka non-stop dosypuje nam ziemi a przecież wszyscy wiemy jak stosunkowo niewielki zasięg mają nasze wykrywacze. Oczywiście można rozgarnąć ziemię na hałdzie ale tylko pod warunkiem, że hałda jest „stała”. Tymczasem hałdy rosną w błyskawicznym tempie (na niektórych wykopaliskach mają po 8 metrów wysokości) a na domiar złego ziemia jest ciągle ładowana na ciężarówki i wywożona poza teren wykopalisk. Jak widać praca na wykopaliskach jest dla poszukiwacza w tym samym stopniu fascynująca co frustrująca.

Co można więc zrobić żeby w tak trudnych warunkach pracy, gdzie tempo i metody de facto dyktuje inwestor i na wykopaliska patrzy się pod kątem kosztów a nie jakości prac badawczych, uratować więcej zabytków? Odpowiedź nasuwa się sama – należy zatrudnić więcej poszukiwaczy lub umożliwić im legalne odzyskiwanie zabytków z wywożonej ziemi. O ile argument przemawiający za niewpuszczaniem na teren wykopalisk nieprzeszkolonych poszukiwaczy jest racjonalny ze względu na konieczność uchwycenia kontekstu znaleziska, to już zabranianie poszukiwaczom przeszukiwania wywożonej ziemi jest wręcz karygodne.

Ziemia wywożona z wykopalisk jest używana jako fundamenty budynków lub służy do utwardzania dróg, prywatnych działek etc. Czasem, gdy nie ma pomysłu co z nią zrobić, jest po prostu wsypywana do jakiejś rzeki. Dla archeologów ziemia ta dosłownie przestaje istnieć z chwilą załadunku na ciężarówkę. Nawet poza terenami miejskimi ziemia z różnych wykopalisk jest usuwana ze stanowisk, w zależności od możliwości archeologów i dostępności miejsca „zrzutu”.

Dobrym przykładem jest tu Nowa Cerekwia na Opolszczyźnie, gdzie ziemia z górnej warstwy celtyckiej osady kilkakrotnie badanej przez archeologów (pierwsze wykopaliska przed II wojną światową) została wymieszana ze znajdującymi się na obrzeżach osady hałdami wydobywczymi z pobliskiej kopalni bazaltu. Dzięki poszukiwaczowi, pasjonatowi kultury celtyckiej cierpliwie przeszukującemu te hałdy, udało się uratować wiele celtyckich zabytków które zostały wyrzucone wraz z ziemią z osady a przede wszystkim zainteresować nimi archeologów. Ci z kolei, wraz z zaproszonymi do projektu poszukiwaczami, po raz pierwszy przeszukali właściwy teren osady wykrywaczami metalu znajdując mnóstwo fantastycznych celtyckich przedmiotów, w tym znaczne ilości srebrnych i złotych monet.

Tymczasem poszukiwacze penetrujący hałdy wywiezionej ziemi zanim zostaną one użyte w celach budowlanych, są dyskryminowani i ścigani przez policję lub straż miejską, jak pospolici przestępcy. Czy jest to spowodowane absurdalnością obowiązujących w Polsce przepisów czy też może wstyd jest się przyznać niektórym archeologom jak wiele zabytków wyjeżdża z wykopalisk i jest dosłownie skazanych na zagładę? Co jest złego w tym, że pasjonat poświęcający swój własny czas i środki ratuje niezliczone ilości monet, zapinek, plomb, guzików i innych przedmiotów codziennego użytku z ziemi, która w najlepszym wypadku skończy jako czyjś ogródek a w najgorszym znajdzie się na dnie rzeki? Wyobraźmy sobie teraz sytuację gdzie za 100 lat archeolodzy przeprowadzają badania na terenie gdzie nasza ziemia została zrzucona, sprawdzając nieistniejący już budynek i pod nim znajdują warstwę zabytków pochodzących z XVII wieku. Jakie wnioski wyciągną? Jak się ma do tego kontekst znaleziska?

Wydaje się więc, że postulat poszukiwaczy by pozwolić im badać wywożoną z wykopalisk ziemię jest racjonalny i wbrew temu co mówią niektórzy archeolodzy, służy sprawie ochrony zabytków. Archeolodzy powinni zdać sobie sprawę, że poszukiwacze mogą w istotny sposób wspomóc ich pracę. W wielu krajach rozwinięte są programy współpracy między działającymi na zasadzie wolontariatu poszukiwaczami a archeologami. Większość poszukiwaczy chciałaby mieć możliwość legalnego zgłaszania znajdowanych zabytków, tak by były identyfikowane, weryfikowane i katalogowane przez archeologów. Najwyższy czas by w naszym kraju powstała baza danych gdzie katalogowano by zabytki znajdowane przez ratujacych je przed zagładą pasjonatów.

Na koniec tych rozważań, chciałbym przekazać kilka porad dla poszukiwaczy pragnących odkrywać „skarby na hałdach”. Zacznijcie od rozmowy z prowadzącym wykopaliska archeologiem, niewykluczone bowiem, że biorąc pod uwagę tempo prac i dużą ilość wywożonej ziemi, zgodzi się on na wasz udział w badaniach w charakterze ochotnika lub (co jest rzadsze) zaangażuje was do pracy jako „operatora wykrywacza metalu”. Jeśli jednak współpraca nie będzie możliwa to z pewnością nie nastręczy wam wiele trudu znalezienie miejsc wywozu ziemi. Indagującym policjantom należy tłumaczyć, że zbieracie znajdujący się w ziemi złom, co w końcu biorąc pod uwagę, że na wielu wysypiskach poszukiwacze znajdowali w ziemi napoleońskie kule armatnie, nie mija się z prawdą.. Do poszukiwań często zamiast saperki przydatne są niewielkie i solidne grabie, którymi będziecie rozgarniać ziemię. Pamiętajcie, że wasz wykrywacz ma stosunkowo niewielki zasięg na przedmiot wielkości monety i hałdę należy stopniowo „niwelować”, ściągając warstwę po warstwie. Ponieważ wywożona ziemia zawiera gruz i mnóstwo metalowych śmieci, najlepiej na hałdach sprawdza się typowy wykrywacz na kolorową drobnicę (najlepiej jak najlżejszy) z zamontowaną sondą „snajperką”. Pośród gruzu są kawałki szkła (czasem są też butelki w całości!), druty i ostre blachy, konieczne jest więc noszenie rękawic. Znaleziska możecie próbować identyfikować na forach internetowych, lub dla tych którzy pragną zachować anonimowość, wysyłać do identyfikacji na adres: poszukiwania@gmx.com

Życzę wam wielu fascynujących odkryć na „zapomnianej ziemi” i rychłej zmiany prawa, które zamiast ograniczać i karać obywateli za ich inicjatywę, zacznie wreszcie doceniać pasję i zaangażowanie polskich poszukiwaczy.
Peregrin

P.S. Wszystkie fotografie w tym artykule przedstawiają autentyczne znaleziska z hałd i innej „zapomnianej ziemi”. Bardzo dziękuję wszystkim poszukiwaczom którzy przysłali mi te fotografie. Z wiadomych przyczyn znalazcy muszą pozostać obecnie anonimowi.




Powrót do spisu treści.




Copyright © by Thesaurus News 2007.
All Rights reserved ®