|
"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem, ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona, albo wątpisz czy mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem, co stylem życia..."
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |

Czym płynęliśmy: Nasz jacht o dumnej nazwie "Gladiator" ma zaledwie 8,3 metra długości, 3 metry szerokości, 1,5 metra zanurzenia i około 35 m kw. Żagli. Jest zarejestrowany na 6 osób, ale po załadowaniu zapasów na długi rejs, dwóch rowerów i pontonu pozostaje akurat tyle miejsca, ile potrzeba dla nas dwojga.
Autor: A.W. Bilińscy
W ciągu dwóch sezonów opłynęliśmy Bałtyk
dookoła, odwiedzając dziewięć państw. Cumowaliśmy
portach Szwecji, Finlandii, Litwy i Estonii.
Informacje praktyczne
Bałtyk: Powierzchnia (wraz z cieśninami duńskimi)
- 415 tys. km kw. Średnia głębokość - 52 m.
Największa głębokość - 459 m (Głębia Landsort).
To morze dla amatorów mocnych wrażeń. Jeśli
pragniesz poczuć się prawdziwym mężczyzną (nawet,
jeśli jesteś kobietą), to jest to miejsce właśnie dla
ciebie. Ciepła czapka, rękawiczki, szalik, sztormiak i
kalosze to niezbędne ubranie, nawet w środku lata.
Nagłe załamania pogody, silne, zmienne wiatry,
długotrwałe deszcze oraz mgły to na Bałtyku prawie
codzienność.
Bornholm: zachwyca imponującymi skalistymi
klifami, przyciąga łagodnym klimatem, piaszczystymi
plażami, zachęca do zwiedzania barwnych miasteczek,
licznych wiatraków, obronnych kościołów
rotundowych. Na rowerzystów czekają setki
kilometrów dobrze oznakowanych i utrzymanych
ścieżek. Wiele z nich przemierzyliśmy.
Przyroda
Największą atrakcją Mierzei Kurońskiej są
ciągnące się kilometrami 50-metrowe wydmy, zwane
diunami, na które oczywiście musieliśmy się wspiąć.
Z suchego, sosnowego lasu weszliśmy wprost w
księżycowy krajobraz nieustannie rzeźbiony przez
wiatr.
Wyspa Mon: słynie z najwyższych na Bałtyku, 128-
metrowych, kredowych klifów Mons Klints.
Finlandia: Żeglując z Helsinek przez niezwykle
malowniczy Archipelag Turku, dotarliśmy do wejścia
do Zatoki Botnickiej, gdzie rozsypał się liczący ponad
sześć tysięcy wysp Archipelag Alandzki.
Olandia: rezerwat "Poletko Neptuna", kormorany
w płytkiej zatoce na północy wyspy, Puszcza Trolli.
Archipelag Sztokholmski liczy 25 tys. wysp.
Zabytki
Kłajpeda: Muzeum Morskie i delfinarium
mieszczące się w pruskiej twierdzy Kopgalis na
Mierzei Kurońskiej. Aby się tam dostać, należy
skorzystać z promu do Smyltine. Nida i Park
Narodowy Neringa.
Olandia: jest popularnym miejscem letniego
wypoczynku Szwedów.
Nieopodal portu Vasahamn: słynne Muzeum
Nordyckie, lunapark i piękny skansen.
Helsinki: Setki kilometrów ścieżek rowerowych
znakomicie ułatwiają dotarcie do najodleglejszych
nawet miejsc.
Wyspa Muhu: żywy skansen złożony z około 100
budynków. Kilka z nich wykorzystywanych jest jako
muzeum, w innych na co dzień mieszkają ludzie,
starając się zachować charakter dawnej wsi. Nawet
samochody chowają w stodołach.
Opis wyprawy
Pokochaliśmy skaliste Alandy. Odwiedziliśmy
malowniczą Olandię i urzekający Bornholm.
Wchłanialiśmy sielską atmosferę niemieckiej Rugii,
by w końcu zachwycać się polskim Wybrzeżem. Czy
Adriatyk ma aż tyle do zaoferowania?
Diuny Mierzei Kurońskiej
W 40 godzin po opuszczeniu portu w Gdańsku Górkach Zachodnich
u ujścia Wisły zacumowaliśmy
w zacisznej marinie w Kłajpedzie. Na wszelki
wypadek szerokim łukiem ominęliśmy rosyjskie wody
terytorialne, obawiając się tamtejszej nazbyt podobno
zbiurokratyzowanej służby granicznej. Może
niesłusznie, bowiem ostatnio coraz więcej żeglarzy
zagląda do portów obwodu kaliningradzkiego.
Kłajpeda jest jedynym litewskim morskim portem
z prawdziwego zdarzenia. Choć miasto nie może
pochwalić się wieloma zabytkami, to niewielka,
niedawno odrestaurowana starówka wygląda
zachęcająco. Niskie, mieszczańskie domy wykonane z
pruskiego muru kryją wiele uroczych kawiarenek i
pubów rozbrzmiewających wieczorami wesołym
gwarem i muzyką.
Jedną z atrakcji Kłajpedy jest Muzeum Morskie i
delfinarium mieszczące się w pruskiej twierdzy Kopgalis
na Mierzei Kurońskiej. Aby się tam dostać,
należy skorzystać z promu do Smyltine. Dla nas
jednak najciekawsza okazała się wyprawa do Nidy i Parku Narodowego Neringa
.
Po godzinnej jeździe autobusem ze
dostaliśmy się do przepięknej rybackiej wioski z
nieprawdopodobnie kolorowymi, krytymi strzechą lub
dachówką chatami. Miejsce to już na początku XX
wieku upodobali sobie niemieccy twórcy, a wśród
nich noblista, pisarz Tomasz Mann.
Największą atrakcją Mierzei Kurońskiej są
ciągnące się kilometrami 50-metrowe wydmy, zwane
diunami, na które oczywiście musieliśmy się wspiąć.
Z suchego, sosnowego lasu weszliśmy wprost w
księżycowy krajobraz nieustannie rzeźbiony przez
wiatr. Po chwili, co sił w nogach uciekaliśmy przed
wyłaniającą się zza horyzontu nawałnicą. Na jacht
wróciliśmy przemoknięci do suchej nitki.
Wyspy Estonii
Po drodze do Estonii zawinęliśmy do dwóch
łotewskich portów: Liepaja i Ventspils. Niestety, nie
wytrzymują one porównania ze zwiedzaną przez nas
przed laty Rygą.
Przez długi czas bardzo silnie przeżywaliśmy każdą
chwilę spędzoną na morzu, ponieważ był to nasz
pierwszy samodzielny rejs na własnym jachcie.
Dręczył nas niepokój, czy dobrze wyznaczyliśmy
trasę, czy właściwie rozpoznaliśmy wejście do portu,
jak poradzimy sobie we dwoje w zatłoczonej
przystani?
Jednak prawdziwym wyzwaniem okazała się nocna
żegluga z Ventspils do Kuressaare, podczas której
dopadła nas wyjątkowo groźna burza. Nigdy
wcześniej nie byliśmy narażeni na tak gwałtowną
kanonadę gromów i piorunów uderzających w
całkowitej ciemności tuż obok nas.
Atmosferę horroru potęgowała ściana ulewnego
deszczu i wyjący na wantach wicher. Na szczęście
wszystko skończyło się równie szybko, jak zaczęło. W
nowiutkiej marinie na największej estońskiej wyspie
Saaremaa serdecznie powitał nas bosman,
wywieszając kurtuazyjnie polską flagę na maszcie.
Wcześniej, z lekkim zażenowaniem zapytał:
Czerwonym czy białym do góry?
Do pobliskiej stolicy wyspy, Kuressaare,
wybraliśmy się na rowerach, które transportowaliśmy
pod pokładem. Najważniejszym zabytkiem tego
kurortu jest XIII-wieczny zamek biskupi, w którym
mieści się Muzeum Saaremy.
Dowiedzieliśmy się tam, że wyspa miała burzliwą
historię. Na przestrzeni dziejów władały nią różne
zakony, później Dania, Szwecja i Rosja. Należała
wreszcie do Estonii, Związku Radzieckiego i znowu
wolnej Estonii.
Po latach zastoju odżywa jako Kuressaare
popularna miejscowość letniskowa, odwiedzana przez
turystów ze Skandynawii i Niemiec. Przyciąga ich
przyjazna atmosfera średniowiecznego miasteczka
oraz rozległe lasy, czyste jeziora i łagodny klimat.
Odwiedziliśmy także sąsiadującą z
Saaremą wyspę Muhu.
Zwiedziliśmy tam wspaniały żywy skansen złożony
z około 100 budynków. Kilka z nich
wykorzystywanych jest jako muzeum, w innych, na co
dzień mieszkają ludzie, starając się zachować
charakter dawnej wsi. Nawet samochody chowają w
stodołach.
Po dwóch stronach Zatoki Fińskiej
Aby dostać się do Tallina, musieliśmy pokonać
owianą złą sławą cieśninę Muhu. Zdradliwe, skaliste
płycizny i zmienne, silne prądy wymagają
prowadzenia niezwykle starannej nawigacji po
wąskich, oznakowanych bojami przejściach. Pomogła
nam w tym dokładna, zapisana cyrylicą rosyjska mapa.
Tallin jest bez wątpienia najpiękniejszym
nadbałtyckim miastem. Bogata średniowieczna
zabudowa hanzeatyckiej starówki, dziesiątki
stylowych kafejek, wąskie brukowane uliczki i
tajemnicze zaułki całkowicie nas zauroczyły.
Bez wytchnienia od rana do późnej nocy biegaliśmy
z Dolnego na Górne Miasto, znajdując ciągle nowe
ciekawostki. Tu wspaniała cerkiew, tam nietypowo
pomalowana brama, ówdzie intrygujący szyld czy
przemiła knajpka ze stołami w rybackiej łodzi. A
wieczorem z położonych na wzgórzu tarasów
podziwiamy niezapomniany widok słońca kąpiącego
się w zatoce.
Czterdzieści pięć mil dzielące Tallin od Helsinek
pokonujemy w ciągu dziewięciu godzin szybkiej (jak
na nasz jacht) żeglugi. Utrzymując kurs, prawie nie
spoglądaliśmy na kompas. Wystarczyło podążać za
licznymi helikopterami i promami kursującymi
pomiędzy stolicami Estonii i Finlandii.
Monumentalne, neoklasycystyczne gmachy
Helsinek nie bardzo nam się podobały, ale położone
na 315 wyspach miasto ma swój niewątpliwy urok.
Helsinki żyją. Na każdej uliczce coś się dzieje:
koncerty bluesowe i jazzowe na świeżym powietrzu,
uliczne popisy wibrafonistów, koncerty organowe w
słynnym skalnym kościele Temppeliaukio.
Setki kilometrów ścieżek rowerowych znakomicie
ułatwiają dotarcie do najodleglejszych nawet miejsc.
W krainie tysięcy wysp
Najpiękniejsza część wyprawy rozpoczęła się, gdy
wpłynęliśmy pomiędzy wyspy fińskiego wybrzeża.
Żeglując z Helsinek przez niezwykle malowniczy Archipelag Turku
, dotarliśmy do wejścia do
Zatoki Botnickiej, gdzie rozsypał się liczący ponad sześć
tysięcy wysp Archipelag Alandzki.
Jedne z okruchów lądu są ledwie wystającymi z
wody głazami, wypolerowanymi przez miliony fal, na
innych, większych i mniej narażonych na ataki
sztormowych fal, rosną bogate w jagody bory.
Niektóre są bezludne, na licznych stoi ledwie kilka
domostw.
Alandy to idealne miejsce dla żeglarzy, kajakarzy,
wędkarzy, przyrodników i innych miłośników
wypoczynku na łonie natury. Na Alandach żyje wiele
zwierząt, często widywaliśmy polujące bieliki i inne
drapieżne ptaki, a kormorany, tracze, biegusy i dzikie
kaczki są znacznie mniej nieufne wobec ludzi niż w
Polsce.
Zbliżając się do Sztokholmu, zauważyliśmy, że
otaczające nas skaliste wysepki stają się w coraz
większym stpniu zagospodarowane, widać więcej
jachtów, a letnie domki nie są już maleńkimi,
uroczymi chatkami, ale raczej drogimi rezydencjami.
To oczywiście wpływ sąsiedztwa bogatej stolicy Szwecji
.
Stanęliśmy w porcie Vasahamn tuż obok słynnego
Muzeum Nordyckiego, lunaparku i piękego
skansenu. Spędziliśmy w nim parę godzin, poznając
życie szwedzkiej wsi i dawnego miasta,
przyglądaliśmy się pracy rzemieślników, jedliśmy
świeżo wyjęte z pieca cynamonowe bułeczki.
Nie opuściliśmy także starówki, zwanej Gamla Stan
. Po kilku dniach życia w gwarnym mieście
znowu ruszyliśmy krętymi szlakami liczącego 25 tys.
wysp Archipelagu Sztokholmskiego, poszukując
odludnych zatoczek.
To morze dla amatorów mocnych wrażeń. Jeśli
pragniesz poczuć się prawdziwym mężczyzną (nawet,
jeśli jesteś kobietą), to jest to miejsce właśnie dla
ciebie. Ciepła czapka, rękawiczki, szalik, sztormiak i
kalosze to niezbędne ubranie, nawet w środku lata.
Nagłe załamania pogody, silne, zmienne wiatry,
długotrwałe deszcze oraz mgły to na Bałtyku prawie
codzienność.
Większość żeglarzy zgadza się z opinią, że jedną z
najgorszych rzeczy, jakie mogą zdarzyć się na morzu,
jest mgła. Taka właśnie podstępna, gęsta, że można ją
kroić, tłumiąca wszystkie dźwięki bestia dopadła nas
w okolicach Vasterviku u wybrzeży Szwecji. Ani na
moment nie schodziliśmy pod pokład, wpatrując się
czujnie w mleczną masę, a mimo to dopiero w
ostatniej chwili dojrzeliśmy stalowy kuter, płynący
dokładnie naprzeciwko nas. Do czołowego zderzenia
zabrakło naprawdę tylko paru sekund!
Na Olandii
Wkrótce opuściliśmy ulubione szkiery i
wylądowaliśmy na Olandii. Ta długa na 115 km i
wąska wyspa ciągnąca się wzdłuż wybrzeża Szwecji
połączona jest ze stałym lądem sześciokilometrowym
mostem wznoszącym się ponad wodami Cieśniny Kalmarskiej
. Przez długie lata była terenem
łowieckim szwedzkich władców, a i dziś w jej stolicy,
Bornholmie, znajduje się letnia rezydencja rodziny
królewskiej, zwana Solliden Park.
Wyspa może także poszczycić się największym w
Skandynawii, zbudowanym w XIX wieku
ośmiopiętrowym wiatrakiem stojącym w
miejscowości Sandvik. Olandia jest popularnym
miejscem letniego wypoczynku Szwedów, my jednak
trafiliśmy tam już po sezonie, gdyż szwedzkie
wakacje kończą się 15 sierpnia.
Mogliśmy w ciszy delektować się niezwykłym
krajobrazem rezerwatu "Poletko Neptuna",
obserwować kormorany w płytkiej zatoce na północy
wyspy i samotnie przedzierać się przez gęstwiny
Puszczy Trolli.
Perły Bałtyku
Zachęceni barwnymi opowieściami spotkanych po
drodze żeglarzy wszelkich nacji wzięliśmy kurs na
mekkę bałtyckich wagabundów - Bornholm i Christianao
.
Jeśli chcecie poznać Bałtyk w pigułce, musicie
koniecznie odwiedzić te duńskie wyspy leżące
niedaleko Polski. Znajdziecie tam olbrzymią
różnorodność krajobrazu, ciekawą architekturę, gwar
turystycznych kurortów oraz spokój leśnych duktów,
uśpione wioski i odludne miejsca.
Bornholm był ostatnim przystankiem naszego
pierwszego rejsu, spodobał się nam jednak tak bardzo,
że od niego także zaczęliśmy rejs w następnym
sezonie.
Danii ciąg dalszy
Z Hammershus popłynęliśmy do
małego szwedzkiego portu Abbekas. Po drodze
ominęliśmy wielkie Ystad, co jak się później okazało,
było błędem. Południowe wybrzeże Szwecji nie
zrobiło na nas dobrego wrażenia, a to nieprzyjemne
odczucie pogłębiło się jeszcze w ciekawym skądinąd
Falsterbo.
Na pokład "Gladiators" wtargnęła szwedzka straż
graniczna, w ostrych słowach grożąc wysoką grzywną
za ominięcie Ystad - portu wejścia. Chyba żaden inny
kraj tak surowo nie traktuje wytycznych traktatu
granicznego z Schengen.
Kolejny przystanek to wyspa Mon, słynąca z
najwyższych na Bałtyku, 128-metrowych, kredowych
klifów Mons Klints.
Fale, uderzając w pionowe ściany, odbijają się od
nich i nakładając na inne, powodują występowanie
wyjątkowo nieprzyjemnego rozkołysu. Przy niezbyt w
końcu silnym wietrze o sile 4° w skali Beauforta kilka
mokrych "dziadów" wskoczyło nam do kokpitu i co
gorsza, za kołnierze sztormiaków.
Oprócz klifów wyspa słynie z neolitycznych
grobów oraz XIV-wiecznych fresków zdobiących
wnętrza wiejskich kościołów. W położonym w pobliżu
Mons Klints zamku Liselund Slot mieszkał i tworzył
Hans Christian Andersen.
U zachodnich sąsiadów
Płynąc z duńskiej wyspy Falster do niemieckiego
Warnemunde, trzeba przeciąć ruchliwy tor wodny dla
dużych statków. Bezpieczne przepłynięcie go małym i
powolnym jachtem zawsze jest trudnym zadaniem, a
nam po raz kolejny mgła przesłoniła świat.
Nie zdecydowaliśmy się na wjazd na tę wodną
autostradę pełną pędzących kolosów i przez dwie
godziny, aż mgła się podniosła, kręciliśmy się w
pobliżu dużej boi wyznaczającej granicę szlaku. Ach,
przydałby się radar!
Do Wernemunde wpłynęliśmy akurat w czasie
wielkiego zlotu żaglowców. Ten przypominający
trochę nasz Sopot czy Kołobrzeg niemiecki kurort żył
żeglarskim festynem. Za dnia i nocą odbywały się
parady dziesiątków szkunerów, brygów czy fregat,
wśród których uwijały się setki motorówek,
stateczków białej floty i jachtów.
Manewrowanie w takim tłoku wymagało mocnych
nerwów i dużej wprawy, cieszyliśmy się więc, że
dotarliśmy tu pod koniec rejsu, już nie jako
nowicjusze. Pełni wrażeń ruszyliśmy do Stralsundu -
historycznego miasta pełnego zabytków.
Zwodzony most w Stralsundzie otwierany jest
dwukrotnie w ciągu dnia i zwykle zbiera się przed nim
spora grupa jachtów, które niemal równocześnie
ruszają. Przy silnym, wiejącym od rufy wietrze,
wszystkie jednostki postawiły żagle i zaczęły się
nieformalne regaty, w których wcale nie byliśmy
ostatni.
Po drodze do domu wstąpiliśmy na urocza, niemal
idylliczną Rugię. Bardzo się spieszyliśmy, ale
przyrzekliśmy sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.
Nocując w porciku jachtowym w Dziwnowie, po
raz pierwszy uświadomiliśmy sobie, jak my, Polacy,
różnimy się temperamentem od innych mieszkańców
pańśtw nadbałtyckich.
Podczas gdy w większości wcześniej odwiedzanych
przystani po godzinie 18 wszystko było zamknięte, to
w każdej, nawet najmniejszej miejscowości naszego
wybrzeża życie tętniło do późnej nocy. Niektórych to
razi, ale spotkaliśmy wielu żeglarzy niemieckich i
skandynawskich, którzy odwiedzają nasz kraj, bo: "U
was widać, że cieszycie się życiem".
A.W. Bilińscy