"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem, ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona, albo wątpisz czy mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem, co stylem życia..."
- Howard Jennings

Jachtem po Bałtyku
A.W. Bilińscy


Kiedy zdecydowaliśmy się żeglować po Bałtyku, znajomi tylko pukali się znacząco w czoło. Przecież tu jest zimno, szaro i nudno. Zimno czasem bywa, ale nudno? Absolutnie nie!

Czym płynęliśmy: Nasz jacht o dumnej nazwie "Gladiator" ma zaledwie 8,3 metra długości, 3 metry szerokości, 1,5 metra zanurzenia i około 35 m kw. Żagli. Jest zarejestrowany na 6 osób, ale po załadowaniu zapasów na długi rejs, dwóch rowerów i pontonu pozostaje akurat tyle miejsca, ile potrzeba dla nas dwojga.

Autor: A.W. Bilińscy


W ciągu dwóch sezonów opłynęliśmy Bałtyk dookoła, odwiedzając dziewięć państw. Cumowaliśmy portach Szwecji, Finlandii, Litwy i Estonii.

Informacje praktyczne
Bałtyk: Powierzchnia (wraz z cieśninami duńskimi) - 415 tys. km kw. Średnia głębokość - 52 m. Największa głębokość - 459 m (Głębia Landsort).
To morze dla amatorów mocnych wrażeń. Jeśli pragniesz poczuć się prawdziwym mężczyzną (nawet, jeśli jesteś kobietą), to jest to miejsce właśnie dla ciebie. Ciepła czapka, rękawiczki, szalik, sztormiak i kalosze to niezbędne ubranie, nawet w środku lata. Nagłe załamania pogody, silne, zmienne wiatry, długotrwałe deszcze oraz mgły to na Bałtyku prawie codzienność.
Bornholm: zachwyca imponującymi skalistymi klifami, przyciąga łagodnym klimatem, piaszczystymi plażami, zachęca do zwiedzania barwnych miasteczek, licznych wiatraków, obronnych kościołów rotundowych. Na rowerzystów czekają setki kilometrów dobrze oznakowanych i utrzymanych ścieżek. Wiele z nich przemierzyliśmy.

Przyroda
Największą atrakcją Mierzei Kurońskiej są ciągnące się kilometrami 50-metrowe wydmy, zwane diunami, na które oczywiście musieliśmy się wspiąć. Z suchego, sosnowego lasu weszliśmy wprost w księżycowy krajobraz nieustannie rzeźbiony przez wiatr.
Wyspa Mon: słynie z najwyższych na Bałtyku, 128- metrowych, kredowych klifów Mons Klints.
Finlandia: Żeglując z Helsinek przez niezwykle malowniczy Archipelag Turku, dotarliśmy do wejścia do Zatoki Botnickiej, gdzie rozsypał się liczący ponad sześć tysięcy wysp Archipelag Alandzki.
Olandia: rezerwat "Poletko Neptuna", kormorany w płytkiej zatoce na północy wyspy, Puszcza Trolli.
Archipelag Sztokholmski liczy 25 tys. wysp.

Zabytki
Kłajpeda: Muzeum Morskie i delfinarium mieszczące się w pruskiej twierdzy Kopgalis na Mierzei Kurońskiej. Aby się tam dostać, należy skorzystać z promu do Smyltine. Nida i Park Narodowy Neringa.
Olandia: jest popularnym miejscem letniego wypoczynku Szwedów. Nieopodal portu Vasahamn: słynne Muzeum Nordyckie, lunapark i piękny skansen.
Helsinki: Setki kilometrów ścieżek rowerowych znakomicie ułatwiają dotarcie do najodleglejszych nawet miejsc.
Wyspa Muhu: żywy skansen złożony z około 100 budynków. Kilka z nich wykorzystywanych jest jako muzeum, w innych na co dzień mieszkają ludzie, starając się zachować charakter dawnej wsi. Nawet samochody chowają w stodołach.

Opis wyprawy
Pokochaliśmy skaliste Alandy. Odwiedziliśmy malowniczą Olandię i urzekający Bornholm. Wchłanialiśmy sielską atmosferę niemieckiej Rugii, by w końcu zachwycać się polskim Wybrzeżem. Czy Adriatyk ma aż tyle do zaoferowania?
Diuny Mierzei Kurońskiej
W 40 godzin po opuszczeniu portu w Gdańsku Górkach Zachodnich u ujścia Wisły zacumowaliśmy w zacisznej marinie w Kłajpedzie. Na wszelki wypadek szerokim łukiem ominęliśmy rosyjskie wody terytorialne, obawiając się tamtejszej nazbyt podobno zbiurokratyzowanej służby granicznej. Może niesłusznie, bowiem ostatnio coraz więcej żeglarzy zagląda do portów obwodu kaliningradzkiego.
Kłajpeda jest jedynym litewskim morskim portem z prawdziwego zdarzenia. Choć miasto nie może pochwalić się wieloma zabytkami, to niewielka, niedawno odrestaurowana starówka wygląda zachęcająco. Niskie, mieszczańskie domy wykonane z pruskiego muru kryją wiele uroczych kawiarenek i pubów rozbrzmiewających wieczorami wesołym gwarem i muzyką. Jedną z atrakcji Kłajpedy jest Muzeum Morskie i delfinarium mieszczące się w pruskiej twierdzy Kopgalis na Mierzei Kurońskiej. Aby się tam dostać, należy skorzystać z promu do Smyltine. Dla nas jednak najciekawsza okazała się wyprawa do Nidy i Parku Narodowego Neringa . Po godzinnej jeździe autobusem ze dostaliśmy się do przepięknej rybackiej wioski z nieprawdopodobnie kolorowymi, krytymi strzechą lub dachówką chatami. Miejsce to już na początku XX wieku upodobali sobie niemieccy twórcy, a wśród nich noblista, pisarz Tomasz Mann. Największą atrakcją Mierzei Kurońskiej są ciągnące się kilometrami 50-metrowe wydmy, zwane diunami, na które oczywiście musieliśmy się wspiąć. Z suchego, sosnowego lasu weszliśmy wprost w księżycowy krajobraz nieustannie rzeźbiony przez wiatr. Po chwili, co sił w nogach uciekaliśmy przed wyłaniającą się zza horyzontu nawałnicą. Na jacht wróciliśmy przemoknięci do suchej nitki.

Wyspy Estonii
Po drodze do Estonii zawinęliśmy do dwóch łotewskich portów: Liepaja i Ventspils. Niestety, nie wytrzymują one porównania ze zwiedzaną przez nas przed laty Rygą. Przez długi czas bardzo silnie przeżywaliśmy każdą chwilę spędzoną na morzu, ponieważ był to nasz pierwszy samodzielny rejs na własnym jachcie. Dręczył nas niepokój, czy dobrze wyznaczyliśmy trasę, czy właściwie rozpoznaliśmy wejście do portu, jak poradzimy sobie we dwoje w zatłoczonej przystani? Jednak prawdziwym wyzwaniem okazała się nocna żegluga z Ventspils do Kuressaare, podczas której dopadła nas wyjątkowo groźna burza. Nigdy wcześniej nie byliśmy narażeni na tak gwałtowną kanonadę gromów i piorunów uderzających w całkowitej ciemności tuż obok nas. Atmosferę horroru potęgowała ściana ulewnego deszczu i wyjący na wantach wicher. Na szczęście wszystko skończyło się równie szybko, jak zaczęło. W nowiutkiej marinie na największej estońskiej wyspie Saaremaa serdecznie powitał nas bosman, wywieszając kurtuazyjnie polską flagę na maszcie. Wcześniej, z lekkim zażenowaniem zapytał: Czerwonym czy białym do góry? Do pobliskiej stolicy wyspy, Kuressaare, wybraliśmy się na rowerach, które transportowaliśmy pod pokładem. Najważniejszym zabytkiem tego kurortu jest XIII-wieczny zamek biskupi, w którym mieści się Muzeum Saaremy. Dowiedzieliśmy się tam, że wyspa miała burzliwą historię. Na przestrzeni dziejów władały nią różne zakony, później Dania, Szwecja i Rosja. Należała wreszcie do Estonii, Związku Radzieckiego i znowu wolnej Estonii. Po latach zastoju odżywa jako Kuressaare popularna miejscowość letniskowa, odwiedzana przez turystów ze Skandynawii i Niemiec. Przyciąga ich przyjazna atmosfera średniowiecznego miasteczka oraz rozległe lasy, czyste jeziora i łagodny klimat. Odwiedziliśmy także sąsiadującą z Saaremą wyspę Muhu. Zwiedziliśmy tam wspaniały żywy skansen złożony z około 100 budynków. Kilka z nich wykorzystywanych jest jako muzeum, w innych, na co dzień mieszkają ludzie, starając się zachować charakter dawnej wsi. Nawet samochody chowają w stodołach.

Po dwóch stronach Zatoki Fińskiej
Aby dostać się do Tallina, musieliśmy pokonać owianą złą sławą cieśninę Muhu. Zdradliwe, skaliste płycizny i zmienne, silne prądy wymagają prowadzenia niezwykle starannej nawigacji po wąskich, oznakowanych bojami przejściach. Pomogła nam w tym dokładna, zapisana cyrylicą rosyjska mapa.
Tallin jest bez wątpienia najpiękniejszym nadbałtyckim miastem. Bogata średniowieczna zabudowa hanzeatyckiej starówki, dziesiątki stylowych kafejek, wąskie brukowane uliczki i tajemnicze zaułki całkowicie nas zauroczyły. Bez wytchnienia od rana do późnej nocy biegaliśmy z Dolnego na Górne Miasto, znajdując ciągle nowe ciekawostki. Tu wspaniała cerkiew, tam nietypowo pomalowana brama, ówdzie intrygujący szyld czy przemiła knajpka ze stołami w rybackiej łodzi. A wieczorem z położonych na wzgórzu tarasów podziwiamy niezapomniany widok słońca kąpiącego się w zatoce. Czterdzieści pięć mil dzielące Tallin od Helsinek pokonujemy w ciągu dziewięciu godzin szybkiej (jak na nasz jacht) żeglugi. Utrzymując kurs, prawie nie spoglądaliśmy na kompas. Wystarczyło podążać za licznymi helikopterami i promami kursującymi pomiędzy stolicami Estonii i Finlandii. Monumentalne, neoklasycystyczne gmachy Helsinek nie bardzo nam się podobały, ale położone na 315 wyspach miasto ma swój niewątpliwy urok. Helsinki żyją. Na każdej uliczce coś się dzieje: koncerty bluesowe i jazzowe na świeżym powietrzu, uliczne popisy wibrafonistów, koncerty organowe w słynnym skalnym kościele Temppeliaukio.
Setki kilometrów ścieżek rowerowych znakomicie ułatwiają dotarcie do najodleglejszych nawet miejsc.

W krainie tysięcy wysp
Najpiękniejsza część wyprawy rozpoczęła się, gdy wpłynęliśmy pomiędzy wyspy fińskiego wybrzeża. Żeglując z Helsinek przez niezwykle malowniczy Archipelag Turku , dotarliśmy do wejścia do Zatoki Botnickiej, gdzie rozsypał się liczący ponad sześć tysięcy wysp Archipelag Alandzki. Jedne z okruchów lądu są ledwie wystającymi z wody głazami, wypolerowanymi przez miliony fal, na innych, większych i mniej narażonych na ataki sztormowych fal, rosną bogate w jagody bory. Niektóre są bezludne, na licznych stoi ledwie kilka domostw.
Alandy to idealne miejsce dla żeglarzy, kajakarzy, wędkarzy, przyrodników i innych miłośników wypoczynku na łonie natury. Na Alandach żyje wiele zwierząt, często widywaliśmy polujące bieliki i inne drapieżne ptaki, a kormorany, tracze, biegusy i dzikie kaczki są znacznie mniej nieufne wobec ludzi niż w Polsce. Zbliżając się do Sztokholmu, zauważyliśmy, że otaczające nas skaliste wysepki stają się w coraz większym stpniu zagospodarowane, widać więcej jachtów, a letnie domki nie są już maleńkimi, uroczymi chatkami, ale raczej drogimi rezydencjami. To oczywiście wpływ sąsiedztwa bogatej stolicy Szwecji .
Stanęliśmy w porcie Vasahamn tuż obok słynnego Muzeum Nordyckiego, lunaparku i piękego skansenu. Spędziliśmy w nim parę godzin, poznając życie szwedzkiej wsi i dawnego miasta, przyglądaliśmy się pracy rzemieślników, jedliśmy świeżo wyjęte z pieca cynamonowe bułeczki. Nie opuściliśmy także starówki, zwanej Gamla Stan . Po kilku dniach życia w gwarnym mieście znowu ruszyliśmy krętymi szlakami liczącego 25 tys. wysp Archipelagu Sztokholmskiego, poszukując odludnych zatoczek. To morze dla amatorów mocnych wrażeń. Jeśli pragniesz poczuć się prawdziwym mężczyzną (nawet, jeśli jesteś kobietą), to jest to miejsce właśnie dla ciebie. Ciepła czapka, rękawiczki, szalik, sztormiak i kalosze to niezbędne ubranie, nawet w środku lata. Nagłe załamania pogody, silne, zmienne wiatry, długotrwałe deszcze oraz mgły to na Bałtyku prawie codzienność. Większość żeglarzy zgadza się z opinią, że jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą zdarzyć się na morzu, jest mgła. Taka właśnie podstępna, gęsta, że można ją kroić, tłumiąca wszystkie dźwięki bestia dopadła nas w okolicach Vasterviku u wybrzeży Szwecji. Ani na moment nie schodziliśmy pod pokład, wpatrując się czujnie w mleczną masę, a mimo to dopiero w ostatniej chwili dojrzeliśmy stalowy kuter, płynący dokładnie naprzeciwko nas. Do czołowego zderzenia zabrakło naprawdę tylko paru sekund!

Na Olandii
Wkrótce opuściliśmy ulubione szkiery i wylądowaliśmy na Olandii. Ta długa na 115 km i wąska wyspa ciągnąca się wzdłuż wybrzeża Szwecji połączona jest ze stałym lądem sześciokilometrowym mostem wznoszącym się ponad wodami Cieśniny Kalmarskiej . Przez długie lata była terenem łowieckim szwedzkich władców, a i dziś w jej stolicy, Bornholmie, znajduje się letnia rezydencja rodziny królewskiej, zwana Solliden Park. Wyspa może także poszczycić się największym w Skandynawii, zbudowanym w XIX wieku ośmiopiętrowym wiatrakiem stojącym w miejscowości Sandvik. Olandia jest popularnym miejscem letniego wypoczynku Szwedów, my jednak trafiliśmy tam już po sezonie, gdyż szwedzkie wakacje kończą się 15 sierpnia. Mogliśmy w ciszy delektować się niezwykłym krajobrazem rezerwatu "Poletko Neptuna", obserwować kormorany w płytkiej zatoce na północy wyspy i samotnie przedzierać się przez gęstwiny Puszczy Trolli.

Perły Bałtyku
Zachęceni barwnymi opowieściami spotkanych po drodze żeglarzy wszelkich nacji wzięliśmy kurs na mekkę bałtyckich wagabundów - Bornholm i Christianao . Jeśli chcecie poznać Bałtyk w pigułce, musicie koniecznie odwiedzić te duńskie wyspy leżące niedaleko Polski. Znajdziecie tam olbrzymią różnorodność krajobrazu, ciekawą architekturę, gwar turystycznych kurortów oraz spokój leśnych duktów, uśpione wioski i odludne miejsca.
Bornholm był ostatnim przystankiem naszego pierwszego rejsu, spodobał się nam jednak tak bardzo, że od niego także zaczęliśmy rejs w następnym sezonie.

Danii ciąg dalszy
Z Hammershus popłynęliśmy do małego szwedzkiego portu Abbekas. Po drodze ominęliśmy wielkie Ystad, co jak się później okazało, było błędem. Południowe wybrzeże Szwecji nie zrobiło na nas dobrego wrażenia, a to nieprzyjemne odczucie pogłębiło się jeszcze w ciekawym skądinąd Falsterbo. Na pokład "Gladiators" wtargnęła szwedzka straż graniczna, w ostrych słowach grożąc wysoką grzywną za ominięcie Ystad - portu wejścia. Chyba żaden inny kraj tak surowo nie traktuje wytycznych traktatu granicznego z Schengen. Kolejny przystanek to wyspa Mon, słynąca z najwyższych na Bałtyku, 128-metrowych, kredowych klifów Mons Klints.
Fale, uderzając w pionowe ściany, odbijają się od nich i nakładając na inne, powodują występowanie wyjątkowo nieprzyjemnego rozkołysu. Przy niezbyt w końcu silnym wietrze o sile 4° w skali Beauforta kilka mokrych "dziadów" wskoczyło nam do kokpitu i co gorsza, za kołnierze sztormiaków. Oprócz klifów wyspa słynie z neolitycznych grobów oraz XIV-wiecznych fresków zdobiących wnętrza wiejskich kościołów. W położonym w pobliżu Mons Klints zamku Liselund Slot mieszkał i tworzył Hans Christian Andersen.

U zachodnich sąsiadów
Płynąc z duńskiej wyspy Falster do niemieckiego Warnemunde, trzeba przeciąć ruchliwy tor wodny dla dużych statków. Bezpieczne przepłynięcie go małym i powolnym jachtem zawsze jest trudnym zadaniem, a nam po raz kolejny mgła przesłoniła świat. Nie zdecydowaliśmy się na wjazd na tę wodną autostradę pełną pędzących kolosów i przez dwie godziny, aż mgła się podniosła, kręciliśmy się w pobliżu dużej boi wyznaczającej granicę szlaku. Ach, przydałby się radar!

Do Wernemunde wpłynęliśmy akurat w czasie wielkiego zlotu żaglowców. Ten przypominający trochę nasz Sopot czy Kołobrzeg niemiecki kurort żył żeglarskim festynem. Za dnia i nocą odbywały się parady dziesiątków szkunerów, brygów czy fregat, wśród których uwijały się setki motorówek, stateczków białej floty i jachtów. Manewrowanie w takim tłoku wymagało mocnych nerwów i dużej wprawy, cieszyliśmy się więc, że dotarliśmy tu pod koniec rejsu, już nie jako nowicjusze. Pełni wrażeń ruszyliśmy do Stralsundu - historycznego miasta pełnego zabytków.
Zwodzony most w Stralsundzie otwierany jest dwukrotnie w ciągu dnia i zwykle zbiera się przed nim spora grupa jachtów, które niemal równocześnie ruszają. Przy silnym, wiejącym od rufy wietrze, wszystkie jednostki postawiły żagle i zaczęły się nieformalne regaty, w których wcale nie byliśmy ostatni.
Po drodze do domu wstąpiliśmy na urocza, niemal idylliczną Rugię. Bardzo się spieszyliśmy, ale przyrzekliśmy sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.
Nocując w porciku jachtowym w Dziwnowie, po raz pierwszy uświadomiliśmy sobie, jak my, Polacy, różnimy się temperamentem od innych mieszkańców pańśtw nadbałtyckich. Podczas gdy w większości wcześniej odwiedzanych przystani po godzinie 18 wszystko było zamknięte, to w każdej, nawet najmniejszej miejscowości naszego wybrzeża życie tętniło do późnej nocy. Niektórych to razi, ale spotkaliśmy wielu żeglarzy niemieckich i skandynawskich, którzy odwiedzają nasz kraj, bo: "U was widać, że cieszycie się życiem".

A.W. Bilińscy


Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu www.podroze.pl




Powrót do spisu treści.




Copyright © by Thesaurus News 2007.
All Rights reserved ®