|
"...Jeśli sądzisz, że chciałbyś być poszukiwaczem, ale nie jesteś pewien czy żona będzie z tego zadowolona, albo wątpisz czy mógłbyś spędzać tyle czasu poza swoją regularną pracą lub obawiasz się, że jako kobieta stracisz część swojej kobiecości, to w rzeczywistości wybór już został dokonany. Poszukiwanie skarbów jest bowiem nie tyle zawodem, co stylem życia..."
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Eksplorować, czyli po prostu szukać w ziemi można
z dobrymi rezultatami na chybił-trafił, ponieważ
niemal cala Polska stanowi jedną wielką mapę
różnych wojen, szlaków czy pozostałości po dawnych
wsiach i miastach. Większość poszukiwaczy to
amatorzy-badacze historii, zwłaszcza tej lokalnej.
Wiedzą, gdzie i czego szukają.
Mapy i gawędy
Dla mnie kluczowym źródłem informacji jest
rozmowa z ludźmi, zwłaszcza ze starymi
mieszkańcami miejscowości, w których zamierzam
szukać - mówi Michał, poszukiwacz z Podlasia. -
Rozmawiam i słyszę często takie zdania: „Panie, u
mnie jak fundamenty kopały, to garnki znajdowały",
„Tam kilka domów stało, ale za cara je wysiedlili",
„Ojciec mówił, że pod tymi starymi dębami karabin
zakopał. Znalazłby je ten pański sprzęt?". I czasami
znajduję, opowiada Michał. - Każda wieś oprócz
cennych wskazówek ma też swoje legendy i mity.
Zawsze jakiś czołg jest zatopiony w bagnie, zawsze
Żydzi zakopali gdzieś garnek złota i wszędzie
rozbrajali się żołnierze mów i Maciek. Często ile
osób. tyle wersji, ale każdy, kto szuka, wie, że nie
należy lekceważyć rozmów z ludźmi. Poszukiwacze
nie tylko dopytują ludzi o historię. Czytają książki
historyczne, zwłaszcza pamiętniki. Obserwują też
bacznie ukształtowanie terenu. - Kiedy jadę
samochodem i widzę pole, a na jego środku rząd
starych drzew w linii, już wiem, że
najprawdopodobniej musiała tędy przebiegać jakaś
droga -mówi Andrzej. Warto doszperać się starych
map. Wtedy oprócz wsi i miast oraz prowadzących do
nich dróg mamy zaznaczone kapliczki, wiatraki,
młyny oraz to, co najciekawsze dla poszukiwaczy
monet - karczmy - dodaje. Poszukiwacze jednym
chórem argumentują, dlaczego teren przykarczmiany
obfituje w monety.
Szedł sobie szlachcic z kozakiem, wypijali kilka
antałków miodu pitnego, potykali się lub ucinali
drzemkę w obejściu, a srebrny dukat mógł z kieszeni
wypaść
puentuje śmiechem Maciek.
Przestępcy?
Teoretycznie polskie prawo daje możliwość
amatorskich poszukiwań reliktów przeszłości. Takie
pozwolenia wydawać mogą wojewódzcy
konserwatorzy zabytków. - W praktyce konserwatorzy
nie chcą o pozwoleniach słyszeć, a więc nie mogę
małego dołka wykopać u chłopa na polu. które on
orze, a więc sam tratuje ewentualne dobra narodowe.
Jeśli używam wykrywacza, nie mogę kopać nawet na
własnym podwórku - żali się Andrzej. Krytycznie do
poszukiwaczy nastawiona jest część archeologów. O
zdanie zapytałem znanego pisarza, Andrzeja Pilipiuka,
archeologa z wykształcenia i kolekcjonera monet oraz
meteorytów. - Kiedyś wymieniłem okno na
plastikowe, nie zgłaszając tego w gminie jako
remontu. Nie dość. że zostałem przestępcą, to jeszcze
uzyskałem dofinansowanie przestępstwa przez rodzinę
(działanie w zmowie...). Nasze prawo jest bzdurne.
Tego nie neguję - mówi Pilipiuk, po czym dodaje: -
Istnieje też zagrożenie ze strony nieuczciwych
poszukiwaczy, będących zwykłymi złodziejami i
hienami cmentarnymi. Potrzeba mądrego
prawodawstwa.
- Z Pilipiukiem zgadza się większość poszukiwaczy -
stwierdza Maciek. Potrzeba mądrego prawodawstwa.
Angielski przykład
W Polsce prawo i policja wiedzą dobrze, że
obywatel z wykrywaczem na kartoflisku i nieużytkach
to zwykły bandzior, który próbuje ograbić dobra
narodowe i rozkopać przykładowo słowiańskie
kurhany. W województwie lubelskim był nawet spot w
telewizji publicznej grany pod hasłem: ..Jeśli
zobaczysz człowieka z wykrywaczem metalu w lesie,
na polu lub łące, powiadom najbliższy posterunek
policji". Gwoli wyjaśnienia: w idiotyzmie
legislacyjnym nie jesteśmy osamotnieni. Podobne
regulacje funkcjonują w Niemczech (ale tylko w
niektórych landach). Pozytywnym przykładem jest za
to Wielka Brytania, która umiejętnie wykorzystała
pozytywną przecież pasję tysięcy Anglików i dzięki
nim zapycha swoje muzea różnymi rarytasami. -
Przykładem niech będzie choćby cała seria publikacji
wydanych przez Muzeum Londyńskie, dotyczących
różnych aspektów życia codziennego
średniowiecznego domostwa, w tym zabawek
dziecięcych, o których wcześniej mieliśmy jedynie
bardzo skąpe informacje źródłowe. Wszystkie one
powstały w oparciu o początkowo przypadkowe, a w
późniejszej fazie już planowe znaleziska namierzone
wykrywaczem metali - mówi Igor, mieszkający na
stale w Anglii, i dodaje: - Innym przykładem jest
znaleziona w ubiegłym roku rzymska moneta z wizerunkiem
mało znanego galijskiego uzurpatora,
Domicjana. Dzięki poszukiwaczom co najmniej
podwojono liczbę cmentarzysk anglosaksońskich i
odkryto wiele nieznanych dotąd typów monet
celtyckich.
Te ostatnie to także przykład z naszego podwórka,
gdyż dzięki zgłoszeniom znalezisk przez
poszukiwaczy podwoiła się w Polsce ilość monet
celtyckich wybijanych lokalnie. W Anglii po prostu
zezwolono na poszukiwania. Wystarczy, że człowiek
otrzyma pozwolenie właściciela gruntu i że nie
wchodzi świadomie na teren stanowiska
archeologicznego. Ma jednak obowiązek zgłaszania
znalezisk, a prawo ich pierwokupu zachowuje
państwo. Tym sposobem British Muzeum po cenach
rynkowych wchodzi w posiadanie nowych
eksponatów, poszukiwacze mają motywację do
„wykopek" i wszyscy są zadowoleni. W Polsce jest
odwrotnie: znaleziska trafiają do schowka domowego
i cieszą oko jedynie najbliższej rodziny lub wchodzą
w obieg czarnorynkowy i najczęściej opuszczają
granice kraju. A wystarczyłoby zalegalizować to, że
ludzie pasjonują się historią i szukają pozostałości po
minionych epokach. Niby mała rzecz...